środa, 12 września 2007

zmiany, zmiany, zmiany... czyli jak to wiatr z północy pcha człowieka na południe

za dużo słów, za mało treści. konstruktywnych. mówię, mówię. dużo i szybko. w amoku, uroku, ekstazie i pod natchnieniem co jak demon żywi się krwią swojej ofiary. za dużo słów, za mało treści. a gdy przestaję zaraz mi żal. tych co za dużo, co niezdrowo, tego co niedopowiedziane, zagadane, przekłamane. tego co obce, co swoje. co znane i nie. i wciąż za dużo słów, za mało treści. pożądanych.

i śni mi się, że policzkiem ten śmieszny zarost czuję. że czuję go watą sztywny. że drapie uroczo. ochoczo. potem się budzę i nie przeklinam tych snów. nie żałuję. chcę śnić dalej. mocniej. na jawie. albo przeżywać i odżywać. na nowo czuć jak nigdy goręcej. mocniej bić serce. trząść ręce. płonąć oczy. albo ulicą idę i zapach ten czuję. że mi nozdrza gwałci subtelnie jak babie lato po kryjomu. i chwila jest. i pyk i znikł. potem tylko spaliny. ale pamięci się nie zapomina. trzyma się ją jak zapasy na zimę. jak bumerang wieczorami zmrożonymi wraca. i czasem wyłazi nocami. oczami. później się zmienia. zapomina. odwodzi. potem jest inny dzień, inna godzina. i czulej jest realniej czuć. że mnie uszy pieką i dreszcz po plecach jak sprinter przebiega. że można się wtopić, utopić. że jest ciepło, bezpiecznie i niebezpańsko tak. tylko powroty są złe. powroty mają to do siebie, że krzyczą wszystkimi porami skóry. wysysają z płuc tlen, topią ogień w oczach.

dwadzieściasiedem jestem. i dziesiąte piętro z 70-letnią trzęsącą się babą, i piecuszką się nietrzęsącą. ale bez sieci, bez virtual life, bez internetu! trochę mnie mocno strach bierze, że mną trzęsie na samą myśl. wszystkie poukładane w głowie zdania szarpią się, szamotają, spać nie dają. swobody mi trzeba! a tam jak, jak się wyswobodzi?! i żeby tak bez internetu! dziadostwo, nie do pojęcia. przejęcia. NO ALE, bez internetu za to z ciepłem, które grzało mnie wczoraj jak kaloryfer, a dziś mi go brak. i palce zmarznięte, i dreszcze, i puste ręce.

czyly jednym słowem: breslau!

czytam "odrzuty" - macierzyńskiego. nawet wiersz o nim napisałam. kiepski pewnie, ale nie istotne. on jest cham, ale wiersze ma dobre. trzyma mnie to wciśniętą w fotelik. jak mysz małą. jak kamfora lotną.
a dehnel prozatorsko uroczy. poezją go chce się wyrzucić spod strzech. z łóżka wieczorem przed snem.


--
gwałcę wszelkie zasady pisowni polskiej, składni, interpunkcji i czego bądź jeszcze. miodek by się potłukł jakby przeczytał. odpowiadam, zasady są z zasady po to żeby je łamać. i szukam formy niezajętej. czystej. obcej. mnie samej też. żeby ją poznawać. bawić się. obracać. podrzucać.