nie, nie mam internetu. nie przyjechałam też na weekend do domu. to urojenie, że tu jestem. nieprawdą jestem, że... jestem. chciałam radiowy. pan był, pan sprawdził. sprzęt mój za słaby. kupno innego to kosztowne szaleństwo. ale, ale pan był, pan sprawdził, a hasła do sieci wykasować zapomniał. i po 2 godzinach prób - jestem! ja - złodziejskie nasienie! z tą moją zawrotną prędkością mogę szaleć! wysłać pare wiadomości na gg, tę notke napisać przeczytać wiadomości z kraju i ze świata... ale poczty elektonicznej już nie uświadczysz. ale cóż. cieszmy sie tym co mamy. zaśniem, obudzim się i ślad po tym zaginie. ot, taki przybytek chwilowy.
jest mi tu niewygodnie, zimno (na podłodze sobie siedzę tym moim laptokiem, kręczem sobie i inne dziwne pozy przyjmuję), kręgosłup cierpi, garb rośnie, ale przesunąć komputra nie mogę ani na centymetr. (to tyle w kwestii wyjaśnienia mojej sytuacji bieżącej.)
teraz o mieście mostów będzie. bo jest pięknie. bo liście szaleją po ulicach w kolorach różnobarwnych. idzie się rano, wsiada w niebieskie tramwaje, które co rusz zmieniają swoje trasy. ciśnie się w tych tramwajach, stoi w wiecznych korkach. później biegiem przez cuchnący moczem dworzec główny, aż do wielkiego w swoim chaosie intytutu pedagogiki.
a ludzie tam są różni. niektórzy na ranę przyłóż, a innym się głowach poprzewracało i żadna moda polska, tylko biały kaftanik i drzwi bez klamek. ale się żyje. ma się tu okno, ładny widok z dziesiątego piętra (pan ładny od internetu też to przyznał), babcię starowinkę z jej historiami, parę ciepłych, skurczy-bykowych ramion do objęcia (które oto teraz, z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i obcałowuję!)... współlokatorki już nie mam. zwiała. ponoć przypadkiem, ale coś za dużo przypadków w tym przypadku pomińmy fakt. szukam nowej. oby lepszej.
mnie jest tu trochę obco póki co. gdyby nie skurczy-bykowe ramiona trudno byłoby oddychać. szukam miejsca sobie. przestrzeni. ludzi. otoczenia. czasami w galeriach, od których się tu roi. w ciasnych, dusznych i zadymionych kawiarniach pełnych tak zwanych artystów krzyczących do siebie niezrozumiałe słowa, ciągnących faja za fają, pijących piwo i wódę na zmianę, śmierdzących, bluzgających do siebie nawzajem i o sobie wzajemnie, piszących wiersze o gnijących organach wewnętrznych, o śmierci nagłej i niepotrzebnej, i innych rewelacjach z życia wziętych... potem ucieka sie z miejsc takich, bo dym w głowie przewraca, kręci, wprowadza w stan letargu. i unika się, unika ich jak ognia. tam ludzi jedzą na przystawkę. więc szuka się wciąż, szuka... bo nie ma miejsc gdzie można by cierpieć samotność samemu.
--
hotspoty są, owszem. w rynku na przykład. ale jakoś nie mam odwagi popitalać z laptopem do miasta. dwa zderzenia w ciągu dwóch tygodni z pijaczkami wystarczą. więcej przygód mi nie trzeba.