piątek, 1 października 2010

Moja ulubiona pora roku

Uwielbiam owijać się szalikiem, w płaszcz otulać i w nowych, lśniących czułenkach z parasolką w ręku kuśtykać przez kałuże. Po liściach, po rosie, po mokrym bruku. Powietrzem wilgotnym zaciągać się, niech staje w płucach, paraliżuje, zniewala. Jesień w barwach kocham, w modnym fiolecie, błyszczącej purpurze, w blasku rdzy. Jesień, która biega w ciepłych kapciach, strząsa liście z drzew, zwiewa z głów kapelusze. Jesień z kubkiem kawy, bułką z konfiturami od babci. Jesień z dżezu utkaną, zasypaną kasztanami.


Jesienią czas płynie wolniej, myśli spokojnie spacerują po głowie. Można złapać głębszy oddech, rozmarzyć się, odpłynąć, o świecie zapomnieć.

Spotkałam dziś w tramwaju islamistkę. Właściwie nie zwróciłabym specjalnej uwagi gdyby nie misz-masz w jej stroju. Całość ubioru całkowicie europejska, dziewczęca. Koszulka, kurtka, jeansy i baleriny. Wokół głowy owinięta kolorowa, kwiatowa apaszka, taką, którą zwyczajnie nosimy na szyi. Zastanawiałam się tak tylko, skoro już tyle odkryła jaką różnicę robi jej tak chusta? Skoro pokazała dekolt, stopy, dłonie... Jakie znaczenie ma ta chusta przy całiej reszcie? Pomimo kilku książek przeczytanych o tej kulurze na prawdę nie rozumiem.


-
Wydymali mnie z tą sobotą pracującą, chociaż jak już być musi, to lepiej mieć to z głowy od razu. Tylko psychicznie trzeba się przestawić, że piątek to tym razem nie piątek.