środa, 14 marca 2007

bieg piąty, bez trzymanki i pasów bezpieczeństwa

oszukiwałam się, że ja tak potrafię. a jednak wymiękam na sam widok, na sam dźwięk. jest i dystans, ale nie z mojej strony. znów tworzę w głowie niestworzone historie. i nie ma co sobie wyobrażać. nadinterpretacja zawsze była moją mocną stroną, ale tym razem trzeba wziąć na luz i odpuścić sobie. bo jak tak siedziałam obok i patrzyłam jak w obrazek święty, a w środku wszystko się trzęsło, to można było dotknąć opuszkiem palca małego garderoby mojej własnej, bym się poruszyła albo chociaż wzdrygnęła. czy tym razem wyglądałam jak kobieta? jak kobieta potrzebująca... taka, która nocami wciska głowę w poduszkę, przykrywa się kołdrą po czubek nosa i żebra spojrzeniem o skrawek dotyku. a kiedy ma go na wyciągnięcie ręki, boi się poprosić. (bo takiej nie dają go od tak, za darmo.)
ale nic, trzeba być silnym i patrzeć na to jak na okładkę kolorowego magazynu, jak w program rozrywkowy dla pop-kulturowej młodzieży. powiedzieć sobie, że to pryszcz, bułka z masłem, koty za płoty i-te-pe. wcisnąć znów głowę w poduszkę, nacisnąć kołdrę na twarz i zniknąć dla świata. i teraz tylko "come away with me in the nigth" gdy oczu wścibskich brak.

nie myślę o tym z żalem, myślę spokojnie. nie myślę o tym z sentymentem rozckliwiającym, myślę spokojne. nie myślę o tym uwodzicielsko, myślę spokojnie. ale myślę, wciąż jednak, pomimo wszystko... pomimo upływu lat.

wu-zet-ha-e zmów skopało sprawę. naprawdę nie chce mi się rozwodzić na ten temat, bo to żenada. a i męczy mnie to wszystko już permanentnie. wygląda na to, że tam się książek nie czyta. a dżony najwidoczniej w ogóle nie wie jak one wyglądają (o czytaniu już nie marząc), bo wciąż tylko pakuje, pakuje, pakuje... jak to dżony.

i na koniec taka krótkie, aczkolwiek treściwe refleksje i autorefleksje:
- jesuuu.., jaka ja jestem gruba i żałosna w tych swoich "staraniach". :(
- jazz dodaje jasności myśleniu. i lampce nocnej też. koi, spokoju dodaje. s-pokoju. pokoju w pokoju.
- na ostatnim siedzeniu w autobusie najlepiej trzęsie. ot, takie małe przyjemności, codzienne radości…
- wszystko ostatnio jakoś tak szybko, zaskakująco, przerażająco, niebezpiecznie, niezbyt przyjaźnie… niech to się jakoś uspokoi, bo dostanę choroby lokomocyjnej w czasoprzestrzeni. coś w stylu fobii paranoiczno-wszechstronno-życiowej. (choć sama nie wiem czy owe stwierdzenie dokładnie odzwierciedla wszystkie dziwaczne rzeczy, które ostatnio mi się przytrafiają i które wywołują we mnie te jakże nieprzyjemne stany emocjonalne w postaci, np. niepewności, zaniepokojenia, strachu wręcz, wkurzenia na głupotę ludzką, odrzucenia, zagubienia… i wielu, wielu innych, których nie sposób wymienić z racji zagmatwania i skomplikowania ich i stanu mojego własnego).

wystraszyłam się nie na żarty. do tej pory to mi szczenę otworzyło i zamknąć nie może. najlepiej zamknąć się w domu, na cztery spusty i nosa zza drzwi nie wystawiać. bo strach się bać...


...i dla nerwów ukojenia. (czytaczy bardziej niż moich własnych.) pod hasłem: "jestem lepsza niż wu-zet-ha-e" tudzież ówdzież majaczenie panny eM.


♪♪ norah jones - don't know why.mp3