środa, 5 marca 2008

Teraz będę ta szalona...

Nie znoszę psychiatrów jak żadnej innej specjalności medyków. Nie kwestionuję ich kompetencji, ale wrażliwość owszem. Miałam kiedyś do czynienia z jedną panią psychiatrą wbrew mojej woli.

Parę lat temu kiedy sytuacja w domu, z matką skumulowała się we mnie do tego stopnia, że złość i niemoc sprawiła, że zaczęłam intensywniej niż zwykle płakać, krzyczeć, tłumaczyć żeby tylko nagle coś odmienić. Żeby wreszcie móc. I kiedy moje działania nie przynosiły efektów, a moja rodzicielka jeszcze intensywniej dawała się mi we znaki, krzyczałam i płakała jeszcze silniej, z tej niemocy, z bezradności i chaosu. Wtedy to właśnie moja kochająca rodzicielka stwierdziła, że oszalałam, że mam depresję, nerwicę, schizofrenię i wszystko co tylko podręcznik psychiatryczny przewiduje w ramach pojęć chorobowych. Pewnego dnia matka stwierdziła, że jedziemy do psychologa. Po czym okazało się, że pani jest psychiatrą.
Owszem, byłam zła, ale kto by nie był? Tłumaczyłam zapłakana, że to nie tak, że matka. Że leki nic nie dadzą, bo tu nie od objawów trzeba zacząć, ale od źródła – przyczyny, bo póki z tym się porządku nie zrobi objawy będą wracać. Tłumaczyłam długo i wnikliwie. Po czy pani psychiatra odezwała się tylko – "dobrze, wypiszę skierowanie do szpitala". W tym momencie nie wiedziałam co mam powiedzieć, czy mam płakać, tłumaczyć, czy uciekać? Pani żadnego z moich słów nie wzięła poważnie, zgodnie z zasadą, że "żaden wariat nigdy nie przyzna się, że jest szalony". Widziała cierpiącą matkę, która przyprowadziła dziecko do lekarza – "bo ona płacze, śpi, nic nie robi, sensu nie widzi, sensu..." (A jak ma widzieć skoro zaraz po wyjściu zostanie wyzwana od kurew, szmat i zrównana z ziemią?) i widziała córkę – mnie, wariatkę, która z szaleństwem w oczach przekonuje, wyjaśnia i tłumaczy, że to nie tak, że nie jej wina, że nie boi się czarnej dziury, ale realnej postaci, z którą musi żyć. Stereotypowo, więc zrobiła swoje.
Matka na szpital się nie zgodziła, lekarka wypisała, więc recepty. Stwierdziłam, że skoro nie mogę wziąć tych pigułek wszystkich na raz, to nie będę brała ich wcale, bo nie są mi potrzebne. Wzięłam może 3, 4 sztuki i resztę wyrzucałam. Po jakimś miesiącu czy dwóch poszłam z matką na kontrolę.
A pragnę nadmienić, że w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Później ja tę terapię przerwałam, po tym jak pani psycholog powiedziała mi, że póki mieszkam w domu nic nie mogę zmienić. Stwierdziłam wtedy, że w takim razie po co mam do niej chodzić? Żeby się zwierzać? Dziękuję, mam od tego przyjaciółkę, pamiętnik. Ale istotne to jest o tyle, że obie panie przyjmowały w tej samej przychodni, więc pani psychiatra zaczerpnęła informacji od psycholożki.
Przy kontroli pani psychiatra zaczęła – "faktycznie, to nie jest tak, bo ja rozmawiałam z psychologiem i już wiem, rozumiem". Nie było mi przez to lżej, bo jakiś czas temu mówiłam to sama i nikt nie brał mnie poważnie. Potem spytała mnie jak się czuję. Jak powiedziałam, że dobrze stwierdziła, że może "zwiększymy dawki leków". Po tym wszystkim ręce opały mi do samej ziemi. Spytałam jej, po co mam te leki przyjmować , jeśli mówię i tym razem również pani widzi, że czuję się i wyglądam dobrze? Odpowiedziała tylko, że mogę przestać je przyjmować. Ręce opadły mi jeszcze niżej i więcej do niej nie pozwoliłam się zaprowadzić.

Podczas tamtej pierwszej wizyty pierwszy raz w życiu zostałam potraktowana całkowicie jak zwierzę. Nie miałam jak bronić się. Język, konwersacja, dyskusja, logiczne, abstrakcyjne myślenie, która jest domeną ludzi zostało u mnie uznane za zaburzone, zafałszowane. Nie mogłam nawet płakać z tej złości, z bezsilności, bo paradoksalnie naturalny odruch stałby się kolejnym dowodem na moje szaleństwo. I myślę teraz jak muszą czuć się ci, którzy spędzają tygodnie, miesiące czy lata w szpitalach? I ile jest w nich szaleństwa tak naprawdę, a ile to tylko wizja lekarzy, efekt przyjmowanych leków? Co muszą czuć i czy te wszystkie uczucia naprawdę nie mają realnego wytłumaczenia? Czy może po prostu u niektórych zaczyna się niewinnie, choćby jak u mnie, ale nie ma osoby trzeciej, której się uwierzy?
Czasami myślę sobie, że chciałam stać się szalona, tak naprawdę. Na jeden dzień. Tylko na jeden, żeby zrozumieć.