piątek, 18 kwietnia 2008

hormony szaleją, buzują emocje

czuć, że mam owulację. (no chyba, że to oznaka głupoty.) jajeczka łapczywie rzucają sie ze mnie na jakąś szansę stworzenia nowego życia, a tu, że tak powiem - qpa. nie tym razem, ni chu-chu.. a że w międzyczasie robią zamęt w organizmie... cóż, taka karma.
w tym hormonalnym zamęcie, tęsknocie permanentnej, stresie demobilizującym, oczekiwaniu ciągnącym się jak kable w po moim wynajętym pokoju (a trzeba wierzyć, że jest ich tu sporo a i końca nie mają) poczynam pewne kroki, wpadam na pomysły zupełnie innowacyjne, spontaniczne, strategiczne. wygładzam zmarszczki przeszłości. (przynajmniej się staram.)
a nóż, a może coś sprawi, że wreszcie polubię to miasto. ot tak, po prostu. uśmiechnę się spoglądając w tutejsze powietrze. tak bez żadnego wyraźnego powodu.

(nie, na razie nie odpowiem. trzeba mi się z tym przespać.)


a tymczasem dzień lenia pora zakończyć i ruszyć w bój! ...no może póki co do łóżka, zregenerować siły.



--
chyba już zadomowiłam się z kuchennymi karaluchami. i ostatnio cierpię na ataki słowotokowe. spokoju, harmonii mi trza.