poniedziałek, 1 września 2008

wieści z frontu

u nas wieczna wojna o tarczę. jak nie zamontują, to źle, bo nie ma obrony. jak zamontują - jeszcze gorzej, bo jest, znaczy się mamy coś do ukrycia i trzeba walić na oślep. ot, taki cel sam w sobie. ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i może właśnie dlatego, tak zwyczajnie po ludzku, boję się, że ruskie znów powysadzają nas w kosmos. tyle dobrego, że po tym wszystkim już nikt nie będzie musiał się tłumaczyć, składać wyjaśnień i obiecywać poprawy sytuacji. już nie będzie miał kto.

a u mnie moja mała wojna na froncie południowym. pokojowy plan rozwiązania problemu pod jakże trafną nazwą "akademik ver. 08/09" nie wypalił, więc trzeba było stoczyć prawdziwy bój o być albo nie być. przebrnąć przez dziesiątki, setki ogłoszeń internetowych, wydać dziesiątki złotych na telefony, przebyć setki kilometrów, rozszarpać niezliczoną ilość nerwów, przeżyć całą paletę emocji pobocznych od bojowego zaangażowania, poprzez rozdrażnienie i drażliwość totalną, aż do rezygnacji i obojętności, na nagłym euforycznym pobudzeniu skończywszy.

bo w mieście wro panuje mieszkaniowo-cenowa wojna. ludzie wyszarpują sobie oferty z gardeł, zamawiają w ciemno. świat stanął na głowie! to już nie klient wybiera towar, ale sprzedawcy przebierają, wybierają w klientach! a potem szanownie dają znać, albo i nie, albo najlepiej... nie odbierają telefonów. nikomu nieznane kryteria oceny decydują o wszystkim. i trzeba lizać im te obesrane tyłki, przezornie tak. i jest popłoch, i zgrzytanie zębów. potem już tylko rezygnacja, stagnacja. nikt nie czeka na deski ratunku, brzytwy i inne drastyczne rozwiązania. chce się to zakończyć, uciąć, mieć z głowy. szczęście, że jest szczęście i czasami daje o sobie znać. efektem niego od października zapraszam na gajową.

*

minęło mnie sporo przez ten tydzień. poetycki wieczór w kredensie. miejscówka wśród kwiatu akademickiej młodzieży. koncert całej góry barwinków. mam za to pozostałości kaszlu i kataru po letnim przeziębieniu, nowy lokal do zasiedlenia i lakier na paznokciach, co dla mnie nie jest taką oczywistą oczywistością. co jak na mnie, to spore zaskocznie i zwrot akcji.


ps.
poczułam zaskoczenie, presję jakąś, ciśnienie podskakujące (co przy moich niskociśnieniowych problemach jest uderzeniem nagłym i mocnym dla organizmu) kiedy odkryłam się przypadkiem w tym zacnym towarzystwie. (nie wiem czy jestem z nimi, czy obok nich. czy wśród nich czy też służę jako pokazowy przykład niekompetencji poetyckich?) czuję, że to zobowiązuje. że powinnam tu jakieś mądre, mocne i wyszukane rzeczy. że powinno być literacko, rzeczowo, dostojnie, jak na stereotypowego poetę przystało. a ja tak zwyczajnie, o życiu i nie. o byciu i nie. ja nie z tych ram. ja wyłażę, wypełzam. taka ze mnie nieskoordynowana istota.