czwartek, 18 grudnia 2008

Przedświąteczny "eter"

Zawsze marzyłam jak mogą wyglądać rodzinne święta, te z opowieści koleżanek, te których historię czytuję tu, na blogach. Takie święta, w które każdy coś wnosi od siebie. Gdzie zjeżdżają się rodziny, gdzie ludzie odwiedzają się i rozmawiają. Wyobrażałam sobie jak wyglądać mogą twarze wszystkich członków rodziny. Rozmyślałam o uśmiechniętych, niemodnie ubranych i zbyt intensywnie umalowanych ciotach podpytujących o kawalerów, o wujkach puszczających oczka. Marzyłam o suto zastawionych stołach, o tych przenikających zapachach. Rozmyślałam o rozmowach, o tym jak może wyglądać normalna rozmowa, na jaki temat może się odbywać i jak przebiegać.

A teraz? Teraz wcale nie w nastroju świątecznym wróciłam do domu. W strachu tu przyjechałam, w niepewności jutra, w czujności i bezradności przekroczyłam te progi. W bezsensownej tęsknocie za moim własnym kątem, z sentymentem za godzinami spędzanymi w tych czterech ścianach, w oczekiwaniu na niemożliwe wróciłam...

Przedsmak tego co mnie czeka już dostałam. Nie od dziś wiem, że w ciszy i w samotności jest najwięcej prawdy, i zrozumienia.