wtorek, 14 lipca 2009

O ludziach zza ściany

To są moi współlokatorzy numer cztery, w mieszkaniu numer trzy. Zdecydowanie najsłabiej wypadają. Choć nie da się ukryć, jedynka też dała mi popalić, ale intuicyjnie, a potem realnie okazało się, że długo z nią nie wytrzymam. I faktycznie, po dwóch tygodniach spakowała walizki. Potem było już tylko lepiej.

Była koleżanka od rozmów nocą, spacerów do pobliskiego TESCO. Były koleżanki od wina i wódki, od rozmów dalekich i bliskich, zwierzeń, rozterek, od smacznych obiadów i ekscytujących wrażeń. Wspólnota jakaś była między nami. Nie tylko tych samych murów, ale emocji, relacji wzajemnych.

Współlokatorzy numer cztery są jedyni w swoim rodzaju, oryginalni bardzo. Odizolowani, zdziczali wręcz, zamknięci w swoim pokoju, odcięci od nas, od świata. Zajęci swoim interesem, który nigdy się nie kończy (jak to z interesem prywatnym, domowym). Znam ich imiona, wiem gdzie studiują i na którym roku. Nie wiem już co, nie wiem nawet gdzie mają swój dom rodzinny.  Stosunkowo niewiele jak na miesiąc wspólnej egzystencji.
Brutalne to, ale zdecydowanie lepiej mi kiedy ich nie ma. Swobodniej oddycha mi się przez klarowne powietrze. Kiedy wracają czuję się skrępowana, onieśmielona i zupełnie nie na miejscu.

Nie mam pojęcia co jest powodem takiej sytuacji, zwłaszcza, że na początku narzekali na poprzednich lokatorów z tego powodu. Wychodzi na to, że problem raczej jest  w nich, a nie w otoczeniu.
Kompletnie nie wiem  jak odkręcić kurek z człowieczeństwem albo alternatywnie przyzwyczaić się do życia z zakręconym.