Zainspirowana moją Gosią i Panem Adamem dorzucę swoje trzy grosze. Co do kwestii prawnych nie będę się wypowiadała, bo nie jestem w temacie a i nie znam się na tym. Choć myślę, że trudno byłoby żeby jedna z największych jak nie największa uczelnia prywatna w Polsce przez tyle lat jechała na nielegalu. Kontrole, komisje akredytacyjne wcześniej nie widziały uchybień, a teraz nagle wielki hałas. Natomiast cała historia dotycząca poziomu kształcenia jest mi naprawdę bliska i tego tematu nie pominę, bo krew mi się gotuje w żyłach jak czytam te brednie w Wyborczej.
W momencie kiedy szłam na studia, a potem przez całe 3 lata wmawiano mi, że mam zabawę a nie naukę. Niby studia, na niby uczelni. Komukolwiek mówiłam gdzie studiuję, to miał całą teorię na ten temat. U nas w Sieradzu był nawet taki niechlubny skrót WSHE, czyt. Wyższa Szkoła Hamowania-Edukacji. Fakt, atmosfery tradycyjnej uczelni nie było, studenckiego życia itp., ale to raczej specyfika tego, że było nas tam mało. A poza tym faktycznie nie było mi na tych studiach specjalnie ciężko, ale nie wiem czy to za sprawą słabego poziomu czy tego, że nauka naprawdę sprawiała mi przyjemność. Lubiłam tam przychodzić, nie tylko dla kontaktów towarzyskich, ale i dla zajęć, wiedzy. Przez 3 lata opuściłam może 2, 3 zajęcia, na palcach jednej ręki można by zliczyć. Zajęcia były ciekawe pod względem materiału i prowadzenia, dużo naprawdę przydatnych treści, warsztatów (jak się potem okazało ludzie po Uniwerku nie wiedzieli nawet czym są warsztaty, nie znali tego pojęcia; dla mnie to tak jakby nie wiedzieć, że krowy dają mleko).
Po skończeniu czułam jakiś niedosyt, pewnie przez tę "opinię o uczelni". Stwierdziłam, że skosztuję tej "prawdziwej nauki na prawdziwej uczelni" i wybiorę się na Uniwerek. Oczywiście wtedy słyszałam, że sobie nie poradzę, że skończy się zabawa i padnę. Bałam się, ale pomyślałam, że przecież mnie nie zjedzą. Nie zjedli, a ja dziś przynajmniej wiem jaka jest różnica. Tak namacalnie, bez żadnych plot, pogłosek.
Po pierwszym semestrze cała moja dalsza rodzina, wujkowie, ciotki, kuzyni dopytywali się jak ja sobie tam radzę i że pewnie musi mi być ciężko, bo nie dość, że Uniwerek to Wrocławski, a na dodatek dziennie, a poza tym jak po prywatnej uczelni to muszę przeżywać szok. Rzeczywiście szok był, ale nie taki jakiego się spodziewałam. Śmiałam się i z nich, i z siebie (że wcześniej naprawdę wierzyłam, że mam ten swój substytut studiowania) i odpowiadałam, że bardzo dobrze, ale dziwnie, bo wręcz nie czuję, że studiuję. Bo poziom na Uniwerku był żenująco niski. Materiał opierał się głównie na wiedzy, którą większość już miała ze studiów licencjackich. A nikogo nie bawi powielanie treści, nie po to kontynuuje się naukę na wyższym etapie. Poza tym mnóstwo było teorii, znikoma ilość wiedzy, którą faktycznie można byłoby wykorzystać w sposób praktyczny. Plan zajęć, który z początku wypełniony był po brzegi po pierwszych dwóch tygodniach został notyfikowany tak, że bywałam na uczelni nie więcej niż 3 razy w tygodniu i to na maksymalnie dwóch zajęciach dziennie. A bywało i tak, że miałam dwa lub trzy zajęcia tygodniowo. Niewiele było zajęć, na które przychodziłam z zainteresowaniem i z przekonaniem. Nie mogę powiedzieć, że nie było ich wcale, skłamałabym. Tylko porównując do studiów licencjackich statystyki wypadały naprawdę marnie. No i wykładowcy... Naprawdę bardzo szeroki temat. Po licencjacie naprawdę przyzwyczaiłam się do luksusu. Szacunek do studenta (pomijając dr K., choć i on na tle niektórych z Uniwerku wypada jak oaza dobroci i życzliwości), zajęcia prowadzone były z reguły w ciekawy i zajmujący sposób, dobierane treści najczęściej faktycznie interesujące. Uniwersytet za to zapisze się w mojej pamięci jako senne miasteczko ludzi, których świat jest naprawdę bardzo mały. Taki, że mieszczą w nim tylko siebie. Pamiętam panią dr od psychologii i pierwsze zajęcia: "Nie chodźcie na moje wykłady, bo są nudne". Chodziłam wbrew zaleceniom, faktycznie, miała rację nudne i chaotyczne. Pomimo tego, że naprawdę lubię psychologię. Pamiętam też dr od filozofii i zaliczenia na ocenę, której nie było. Pani stawiała oceny za eseje, a że przedmiot był tylko za zaliczenie nie miały one najmniejszego znaczenia, bo nie można było ich zapisać w indeksie. Koleżanka pisałam pracę trzy razy. Za pierwszym razem zapytała o swoje błędy, a Pani dr chyba nie bardzo wiedziała jak wybrnąć, więc zarzuciła pracy "po prostu beznadziejność". Za drugim razem stwierdziła, że praca jest z internetu. Trzeci raz dziewczyna męczyć się nie chciała i z nerwów zrobiła coś w stylu kolażu z prac koleżanek, które już dostały zaliczenie i tego co znalazłam w internecie. Pani dr była zachwycona pracą, pogratulowała i powiedziała koleżance, że jak chce, to potrafi. I jak tu mieć szacunek do takich ludzi? Ja już nie wspomnę wykładowcy z logiki. Miałam to szczęście, że przepisano mi ocenę, ale pamiętam, że ci, którzy mieli te zajęcia po raz pierwszy naprawdę cierpieli męki i katusze. Pamiętam sytuacje na samym początku semestr podczas wykładu kiedy Pran prof. stał tyłem do nas, w wielkiej auli tupał rytmicznie nogą, mówił coś o polityce, zapisywał jakieś znaki na tablicy, które rozumiałam tylko dzięki logice na licencjacie. Potem powtarzał: "Bo to jest tak, tak, tak. No wiecie, tak" albo inaczej: "Zaraz wam coś powiem, zaraz wam powiem, zaraz wam powiem... Albo nic wam nie powiem, o!", i to miało wystarczyć za całe tłumaczenie materiału. Albo kiedy obleśnie śmiał się z niepełnowartościowych mózgów humanistów. To co działo się na zajęciach było wręcz mrocznymi historiami z najgorszych snów. Na ostatnich zajęciach, kiedy Pan prof. uwalił 3/4 grupy przyszłam po wpis. Pan zobaczywszy moją ocenę skrytykował i Sieradz, i Łódź (bo tamtejszy wykładowca), zapytał o jego nazwisko i stwierdził, że zna (podejrzewam, że pomylił go z innym filozofem o tym samym nazwisku, ale kto to wie...). Koleżankę, która stała za mną zrugał, że nie wie na jakiej uczelni studiowała, bo powiedziała, że w Wyższej Szkole w Opolu, a on stwierdził, że tam to już przecież jest Uniwersytet. Nie dał sobie wytłumaczyć, że niejedna uczelnia w mieście. Potem przy podawaniu wyników zaczął wrzeszczeć na cały głos i rytmicznie z całej siły uderzać pięściami w stół, obiema na raz. Mnie było do śmiechu, bo miałam wpis, reszcie mniej. Żeby nie było, że przytaczam tu same dantejskie sceny to wspomnę o metodologii nadań społecznych, czy edukacji międzykulturowej i pedagogice kultury (a zwłaszcza tej ostatniej i wykładowcy, które je prowadził), które były balsamem na moje uszy.
Egzaminy były śmiesznie łatwe, a było ich naprawdę niewiele a i ilość materiału z reguły dała się opanować maksymalnie w jeden do półtora dnia. Przepisywano oceny z ćwiczeń, po uczelni krążyły testy, które profesorowie wykorzystują. Raz nawet dzień wcześniej dostaliśmy od wykładowcy gotowe pytania na egzamin. I jeszcze było narzekanie, że dużo, że późno, że nie zdążą. Całe dwa lata śmiałam się trochę z litości, trochę z absurdu jak moje koleżanki skamlały jak im ciężko strasznie i że nie mogą napisać tej czy tamtej pracy, albo nauczyć się na zaliczenie czy egzamin.
Przejdę teraz do kwestii zakańczającej czyli tej, która dotyczy pracy dyplomowej i promotora. Denerwowałam się trochę na studiach licencjackich, bo nie zawsze rozumiałam Panią prof., a i czułam, że ona nie zawsze rozumie mnie. Ale summa summarum jestem zadowolona z napisanej przeze mnie pracy i współpracy z Panią promotor. Nie ma to, tamto, bez wątpienia pomogła przebrnąć przez zadanie, które wtedy było mi zupełnie obce.
Na studiach magisterskich przydzielono nas z góry do grup seminaryjnych. Nie robiło mi to różnicy, nawet gdybym miała szansę wyboru i tak nie wiedziałabym kogo wybrać. Przecież nikogo tam nie znałam. Ktoś bardzo durny stworzył Wydział Nauk Historycznych i Pedagogicznych, w którym mój instytut się znajduje, a ktoś jeszcze bardziej durny stwierdził, że skoro pedagogikę z historią połączono wydziałowo to i wykładowców też można wymieszać. I tak dwóch z czterech promotorów na roku było wykładowcami historii. Między innymi i mój. Pan prof. był człowiekiem naprawdę bardzo sympatycznym i życzliwym, złego słowa nie powiem na jego temat, ale w kwestiach dotyczących prac magisterskich w ogóle się nie orientował. Przez całe dwa lata nie otrzymałam ani jednej sugestii, porady, komentarza. Za to całe mnóstwo uśmiechu, rozmów i dyskusji, zero merytorycznych i dotyczących struktury pisanej pracy. Jedyne polecenia brzmiały: "Teraz piszcie pierwszy rozdział; teraz piszcie drugi rozdział; a teraz piszcie rozdział trzeci". Nawet temat pracy był trudny do ustalenia, po paru miesiącach przekonywania, że trzeba sprecyzować go, poległam i zgodziłam się na "Problem przemocy w rodzinie". Stwierdziłam, że problem badawczy wyjaśnię w metodologii i w ten sposób postawię na swoim. Nie da się przecież pisać o wszystkim. Pracy nie napisałabym gdyby nie wiedza z seminariów na studiach licencjackich. Oddając fragmenty prac do sprawdzenia zawsze otrzymywałam taką samą odpowiedź: "Ja to przyjmuję Pani Mariko". Zero komentarza, zero konstruktywnej oceny lub jakiejkolwiek innej, zero śladu sprawdzania na papierze. Jedynie strona ze spisem treści była pomięta, reszta śnieżnobiała z czarnym drukiem, jakby nietknięta. Tak przebrnęłam przez całe dwa lata aż do obrony. Pani recenzent zaraz przed naszą obroną wyjechała za granicę, wróciła może ze 2 dni wcześniej. Na kwadrans przed tym jak zaczęto nas egzaminować Pani prof. wypytywała promotora o szczegóły dotyczące prac, o czym są, czego dotyczą. A pytania zadawane przed nią świadczyły o jej kompletnej niewiedzy dotyczącej ich treści. Mnie np. zapytała w jaki sposób dobierałam osoby do badań, przy czym w metodologii i w samej strukturze analizy materiałów widać, że połowę respondentów stanowią osoby dorosłe, które doświadczyły przemocy, a drugą połowę, te które takich doświadczeń nie mają. No to o co tu pytać? Potem Pani recenzent pogrążyła się jeszcze bardziej dając mi odczuć, że nie ma pojęcia o tym czym jest współuzależnienie. Raczej wstyd jak się jest profesorem historii wychowania.
Moje koleżanki cieszyły się, że promotor "się nie czepia". Ja żałowałam. A niech się czepia, byle rzetelnie i konstruktywnie. Niestety tylko jednej spośród czwórki był tak "pozytywnie czepialski". Reszta studentami się nie przejmowała. I tak niektórzy chodzili do innych wykładowców po pomoc w pisaniu pracy, inni pisali "na oko". W końcu jakoś poszło, bo jak miało nie pójść skoro nikt się nie przejmował. Zawsze było byle do przodu. Nie ważne co po drodze.
Jaki jest sens tego mojego wywodu. Ano taki, że jako jedna z niewielu, którzy psioczą na prywatne uczelnie miałam możliwość kształcenia się zarówno w prywatnej jak i w państwowej. Ja nie powtarzam plot, nie stwarzam teorii wiedzy za kasę. Ja wiem, bo odczułam wszystko namacalnie. Wiem też, że zdawalność za pieniądze to zwykły mit. I jeśli przez 3 lata płaciłam zyskując przy okazji szacunek wykładowców, poważne traktowanie swojej pracy i ludzi, rzetelne przekazywanie wiedzy zarówno teoretycznej i praktycznej, atmosferę sprzyjającą nauce i zachęcającą do niej, to nie żałuję wydanych pieniędzy i czasu, który spędziłam na nauce tam. Studiów na Uniwersytecie również nie żałuję. Po pierwsze mam teraz porównanie, przybyłam, doświadczyłam. Po drugie teraz tak naprawdę doceniam edukacje na poziomie licencjatu, którą miałam okazję ukończyć w uczelni prywatnej. A po trzecie będę miała ten dyplom z orzełkiem w koronie, co tak bardzo ekscytuje wszystkich nadętych pracodawców, dziennikarzy i dalszą zarozumiałą rodzinkę opluwającą prywatne uczelnie, no i prestiż mam... ponoć, bo wątpliwej jakości.
Ci, którzy dopiero wybieracie uczelnie. Wybierajcie mądrze! No i powodzenia. :)