Sucz jednak okazała się suczą. W ciągu pierwszych czterech dni zadecydowała, że się nie nadaję. Umowa, którą podpisywałam przyszła w momencie, w którym ona już dała znać do kard żeby przygotowano dla mnie wypowiedzenie. Argumentem był brak analitycznego mózgu (tak jakby brak mózgu, bo mózg z definicji jest analityczny), to, że charakter mam nie taki i że spinam jedne dokumenty zszywaczem, a nie spinaczem. Na koniec podała mi rękę i z nieukrywanym fałszywym uśmiechem dodała: "Dziękuję za współpracę." Nie odezwałam się nic, nie była tego warta.
Trochę mi ulżyło, ale trochę też nieprzyjemnie. Nie na takie doświadczenie związane z pierwszą pracą liczyłam. Zwłaszcza, że wiem, że robiłam wszystko, że starałam się jak tylko mogłam. Nic, że miałam zawroty głowy od jej krzyków, nic, że łzy napływały mi do oczu kiedy nic, że trzęsłam się na sam dźwięk jej głosu. Nie powiem, że byłam idealnym pracownikiem, ale wiedziała kogo bierze. Humanistkę, pedagoga bez doświadczenia do pracy przy fakturowaniu, księgowości. Cóż, liczyła na to, że w ciągu 3 czy 4 dni ogarnę cały oddział wrocławski firmy i będę swobodnie dryfować pośród wzburzonych fal faktur, innych dokumentów, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, czy programu komputerowego, którego obsługi chciała nauczyć mnie poprzez czytanie czyiś notatek. Tak jakbym miała na pamięć "stukać" gdzie klikać nie mając pojęcia jak program wygląda.
Teraz została mi właściwie ostatnia szansa, jedyna deska ratunku. Miły wziął dziś papiery do siebie. I albo się odezwą i wesprę szerokie grono telemarketerów, albo spakuję walizki i ze łzami w oczach pożegnam to Wielkie Puste Miasto, a w nim jedyną osobę, która znaczy dla mnie wszystko.
Najchętniej zabrałabym go stąd i wróciła. Męczy mnie ten świat. Tym razem mam realny argument, który karze mi się mocniej bać o swoją przyszłość. Że odpadnę, nie poradzę sobie, że naprawdę nic nie umiem i nie nadaję się do niczego. Teraz to już nie są czcze gadki sfrustrowanej i zakompleksionej dziewczynki. Teraz, to już strach się bać.