Zbyt długa przerwa w kontaktach towarzyskich spowodowała we mnie usilną potrzebę nadrobienia wszystkiego w jeden wieczór jak tylko nadarzyła się taka okazja. I tak litry wina i nierówny krawężnik przyczyniły się do upadku. Trochę nawet moralnego. Padłam jak kłoda, przed siebie, prosto, niezbyt.
Od tego czasu minęło już z 1,5 tygodnia. Do tej pory liżę rany.
--
W trybie przyspieszonym, nagłym i niespodziewanym zostałam poinformowana o wznowieniu rekrutacji w miejscu, z którego przed blisko miesiącem zostałam odrzucona po wstępnej rozmowie kwalifikacyjnej. Zaproponowano pracę (bo Kasia wyjeżdża do Kanady).
Zupełnie nieprzygotowana na taki obrót sytuacji, speszona, wystraszona, podekscytowana, przyjęłam propozycję. Teraz nie wiem w czym bardziej tonę, w papierkach czy własnym strachu? Pewnie głębiej w tym drugim. W dzień pierwszy - dzisiejszy fale gorąca biły mnie mocniej niż bicze sadomasochistycznych domin. Robiłam wszystko tak jak kazano zupełnie nie wiedząc co to, po to i jak to wszystko logicznie ze sobą połączyć. Po paru sekundach zapominałam nazwy wykonywanych czynności, po paru minutach ile czego skserować, jak i w jakiem kolejności upiąć, gdzie potem odstawić i co z tym dalej będzie.
No i Kasia... Kasia jest wszędzie. Siedzę oczywiście przy jej biurku, korzystam z jej zeszytu. Kasia jest na biurku w postaci pieczątki, na komputerze, na stoliczku z kawą i herbatą w postaci ciastek, w powietrzu, w ścianach, w podłodze... Święta Katarzyna, idealna i niezastąpiona. Rezolutna i otwarta, zorganizowana jak niemiecki plan zagłady na Polskę w 49r. Perfekcyjna w każdym calu, nieoceniona i niedościgniona.
Za to Pani Kierownik Szanowna merytorycznie pewnie jest świetnie przygotowana, ale podejście do człowieka (przynajmniej do mojego i chyba póki co jedynie) ma jak czołg. Co spotka na swojej drodze - stratuje. Wygłosiła na początku imponującą mowę, z której zapamiętałam może kilka procent. Trudno żebym przyswoiła sobie rzeczy powiedziane naprędce w dwóch zdaniach i już wiedziała co, i jak zrobić, gdzie odstawić, skoro nigdy wcześniej o nich nie słyszałam ani nie widziałam. Pytam więc (żeby się nie pomylić) - drze się; no to nie pytam, próbuję sama robić (zdarza się, że się pomylę) - też się drze. Próbuję w takim razie pytać innych, siłą rzeczy ona też słyszy, więc dalej się drze. I wtedy oczywiście jest jeszcze gorzej, bo się rozpalam i nie z podekscytowania, bo drżę - nie z podniecenia, bo się pocę - nie z zapału, bo się spinam i stresuję - wcale nie przez zwiększoną mobilizację. I tak oto boję się samego głosu Pani Kierownik, która z czynności mogących sprawić mi przyjemność (bo zazwyczaj lubiłam bawić się w sprawdzanie, pisanie, uzupełnianie, kserowanie i takie tak papierkowe pitu-pitu) robi coraz większy koszmar mojego życia i odbiera to co najcenniejsze - radość, chęć do pracy, do zdobywania wiedzy, umiejętności, a przez to autosatsfakcji.
Cóż, nie na każdego krzyk, podniesiony, pełen wrogości, pretensjonalny czy emfatyczny ton, pokazywanie władzy, robienie zniesmaczonych min i ogólna nonszalancja działa mobilizująco Szanowna Pani Kierownik. Przynajmniej nie na mnie.