Z niebieskich do nas przybywają stron
Był trochę z ziemi, a trochę z księżyca. Trochę tak jakby nie dzisiejszy już.
Na zawsze niezgłębioną jest zagadką
Dlaczego z nami los swój dzielić chcą
Miał żonę, syna, dom i rower. Oddychał tym powietrzem tyle lat. Uśmiechał się, żartował czasem. Tętniło w nim życie pomimo podeszłych już lat.
W źrenicach tych posłańców prosto z nieba
Istnienia smutek i marzenia blask
Czuł mocniej, widział więcej. Zgłębiając życie do ostatnich warstw.
W chaosie ziemskich spraw ich serca wiecznie płoną dając znak
Tym którzy zabłądzili w mgle
Tym którzy zabłądzili w mgle
I wiersze mówił prosto z głowy, i sypał nimi jak z rękawa. Wciąż chciało się słuchać więcej tych wzruszających słów.
Odchodzą tak jak przyszli niespodzianie
Zbyt prędko wypełniają się ich dni
Mistycznie żył i zmarł tak samo. Z wyboru, z chwili, z własnej ręki, dzięki której wcześniej żył.
I znów na długo zostajemy sami
Być może trochę lepsi dzięki nim
I chociaż go nie znałam prawie, pamiętam pierwszy wiersz i pierwsze łzy.
Bezbronni, samotni w naszym świecie
Tak, jakby niepotrzebni byli już
Może ktoś mu nie powiedział, że nie może, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas.
Odchodzą komedianci, muzykanci i poeci
Sternicy zagubionych naszych dusz
To nie są czasy dla poetów. W chaosie przyszło im dziś żyć.
Ich pieśni ptaki w lasach wciąż śpiewają
I wieniec ziół rozsiewa po nich wiatr
I trzeba oczy zamknąć, usta też, wytężyć słuch, rozszerzyć pamięć.
Odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają
Sumieniem naszym niespokojnym są
Zostały po nim wiersze, dreszcze. Realność co zniewala, razi, dręczy nas.
A kiedy mój czas także się wyczerpie
Poproszę cicho już ostatkiem tchu
Daj Boże proszę daj nadziei choć iskierkę
Że i ja też nie przypadkiem byłam tu
--
"Mam nadzieję, że jest jakieś specjalne niebo dla poetów udręczonych życiem."
Maria Duszka