niedziela, 6 marca 2011

Oczy zamykam i znikam

Uwikłana w historię, której jestem główną bohaterką mimo woli codziennie walczę. Z urojonymi przeciwnikami, z samą sobą. A może to, to samo. Jeszcze wątpię w słowa, które wypłynęły z moich ust, ale w głębi chcę wierzyć, że są dorosłe, zdrowe i właściwe. I chcę to zapisać, bo znów zasnę i zapomnę. Z resztą, nie trzeba tu snu, wystarczy że zaczynam czytać co już zdążyłam wystukać. 

Życie nie jest tabliczką mnożenia, nie wykuję go "na blachę" podczas ferii zimowych jak wtedy gdy miałam 9 lat. Codziennie przekonuję się jak bardzo nieporadnie stawiam kolejne kroki, upadam, czołgam się. Czasem zwijam z bólu i pozwalam sobie na dłuższy odpoczynek, pomimo, że nie powinnam, wiem. Ale potrzebuję tego, pogłaskać się po głowie, powiedzieć "popłacz sobie maleńka, tu masz chusteczkę, wysmarkaj nosek". A potem skarcić się myślami i tak w kółko. To wbrew pozorom czegoś uczy. Nie jestem na tym samym etapie co przed kilku laty. Skończyłam studia, mieszkam w wielkim mieście, wychodzę za mąż za parę miesięcy, mam pracę, byle jaką, ale jest. Ja wiem, banały, ale jak spojrzeć na moje życie od środka, to, to są moje prywatne Himalaje.

 Tak, chcę dać sobie prawo do nie kochania własnej matki. Dać sobie prawo żeby przyznać się przed sobą samą - ona również mnie nie kocha. Do nie myślenia o tym co miała w głębi duszy, ale o środkach wyrazu w codzienności, które odczuwałam i do dziś odczuwam. Do tego żeby przyznać, że teraz, po trzymiesięcznym milczeniu nie tęskni za mną, ale za władzą jaką nade mną miała. Za krzykiem, za rozkazami. Tak samo jak kiedyś pozwoliłam poniżać się i tłamsić, tak samo teraz muszę dać sobie prawo do poczucia się oszukaną i zdradzoną. Inaczej każdemu będę dawać prawo do rozkrawania mnie na części. Inaczej nigdy nie nauczę się rozpoznawać właściwego ataku od urojonego. Nie nauczę się ludzi, relacji, uczuć...

Nie, to nie koniec. Nie odkryłam Ameryki, nie jestem uleczona, ta chwila nie będzie pamiętną. Nawet nie zliczę ilekroć podczas pisania tego tekstu wątpiłam, odbudowywałam się, karciłam i pocieszałam się na nowo. I nie chcę dobrych rad, że powinnam tak, a nie inaczej. Że należy żebym, bo sobie nie poradzę, bo zginę w świecie, bo mnie przegonią, wykorzystają, oszukają, stłamszą, sponiewierają, nie dojdę do niczego i nie osiągnę nic. Ja wiem, wiem to wszystko. Przerabiałam to tyle razy, na własnej skórze, aż do szpiku kości. Ale wiem też, że muszę pozwolić sobie czasem na swoje słabości, bo inaczej przerażająca niemoc i ból sprawi, że zacznę znikać. Wybaczam sobie wiele rzeczy, których nie powinnam. Błędne koło, wiem. Ale jakoś to kółko kręci się i przy okazji toczy do przodu. Pomału, spokojnie, tak żeby się nie wykoleić po drodze. Przez życie, przez świat wąską ścieżką, wyboistą drogą, po błocie, trawie, a czasem po asfalcie.

Pomału, pomaleńku... po swojemu.