sobota, 10 czerwca 2006

wielkie, wielkie... nic

najpierw jest podniecenie. potem uderzenie. może urojone, ale uczucie prawdziwe. pogubiłam się trochę. moje ostatnie wewnętrzne postanowienia naprawdę się sprawdzały... no i po co mi to było zmieniać? głupia dziewczynka, ot co. naiwnie naiwna. to wszystko jest we mnie takie popaprane. niedorzeczne i urojone. bardzo urojone, tak samo jak to uderzenie z resztą. ja wiem, minie kilka dni i znów będzie jedno wielkie NIC. zupełna pustka. czarna dziura i ogromna spacja w dokumencie mojego życia. (przyznam się szczerze, że czekam na nią ze zniecierpliwieniem.) bezpieczna spacja. dziś wieczór znów wymyślę sobie chłopca z plasteliny, który jak zwykle zabierze mnie na drugą stronę tęczy. bezpiecznie powrócę do mojego chimerycznie (bez)barwnego świata. później napiszę coś głupiego. melancholicznie i monotematycznie będzie. jak zwykle.

a teraz... teraz uroczyście zamknę się w sobie na klucz, na cztery spusty. wmówię sobie kilka potrzeb, które nigdy nie istniały i powiem, że właśnie za to powinnam zabrać się natentychmiast. że jest tyle spraw na wczoraj. zacznę pilnie robić cokolwiek i z czasem powrócę do punktu wyjścia. bezpieczny dystans - tego mi trzeba. kiedyś w końcu przecież na dobre zapomnę o tym, że mogę potrzebować... na pewno. kiedyś na pewno. (i nawet pani wróżka nie będzie miała racji. nawet po 30-stce nie dam się uwiązać. NI-GDY. nie będę tego potrzebowała. WCA-LE.)

przemilczę wszystkie nowo zasłyszane głosy ostatnich dni. po co mi nakręcać się dodatkowo... jedna nauczka natenczas wystarczy.


ps.
mam w... yhm... wielkim poważaniu mundial i całą tę maskaradę. to w kwestii mojego zdania na tenże temat.


♪♪ coma - piosenka pisana nocą.mp3