wcale nie odzyskuję żadnej stabilizacji ani nic w tym rodzaju. już wiem, że nic jeszcze nie wiadomo. że sobie poczekam. na święte nigdy. ale co tam. no co mi szkodzi? wiem też, że jeszcze dziś czeka mnie pożegnanie, a ja tak bardzo pożegnań nie lubię. może nie na zawsze, ale na pewno na długo.
a jeśli chodzi o tamto... sama sobie się dziwię jak ja tak mogę. że tak zawsze całą sobą, że tak zawsze do przodu na ślepaka i bez tchu. a potem się krztuszę na własną prośbę i żądanie. tak jakby wszystkie przeszłe doświadczenia były jakąś trawą, która pomimo wyrywania wciąż wyrasta wciąż w tym samym miejscu silna, soczysta i zielona. jakaś parodia życia. horror dnia codziennego często przywdziany w niepozorny odświętny strój. cholera, tak dla rozładowania napięcia.
teraz tylko jak na szpilkach. bo to, bo tamto... jak już to wszystko się skończy i zostanę z niczym (znów i jak zwykle) będę miała swoje małe piekiełko. ale bez żalów, bez żalów. nie pierwszy, nie ostatni raz.