nastał czas mniejszych lub większych arcydzieł kiematografii przy świetle księżyca i smaku herbatek z malin. bezsenności nocnych, zasmarkanych chusteczek, groplinosiny i czosnku. babcinej szarlotki, szeleszczących kartek z notatkami od dr KO tudzież SAMO-ZŁO (jak kto woli). czyli jesień pęłną gembą, nie ma to, tamto!
bardzo monotonnie zrobiło się. krzyk, pobudka, jedno oko, drugie, najważniejsze decyzje dnia, oczekawianie, że wstać albo i nie, ubrać się, umyć, kanapka albo i dwie, czasem może nie, i znów krzyk, krzyk, krzyk, w kółko tylko krzyk, a potem wyjść czy raczej uciec, i czas płynie inaczej, od przerwy do przerwy, i wrócić, a może raczej spanikować, i znów ten krzyk, krzyk, krzyk, i coś może zjeść albo znieść (ten klimat), i coś może obejrzeć, ale wciąż i bez przerwy, tylko ten krzyk, krzyk, krzyk, można się też umyć, oczy zamknąć, zasnąć... ale nie, nie, bo ten krzyk, krzyk, krzyk... i ona, i ja, i ona, i ja, i ona, i ona, i ja, i ona, i ona, i ona, i ona... i już nie wiem gdzie ja, czy ja... bo ona.
//jeśli ktoś zrozumie ten potok, dostanie ode mnie prezent - w miarę możliwości moich (i chęci - jasna rzecz). pani z konkurencji wyłączona, pani wie za dużo, o! a jeśli nikt nie zczai, że tak slangiem się wyrażę, to dobra nasza. moja mała tajemnica spuchnie we mnie jeszcze bardziej. na zdrowie... i na chorobę (mi inne środki)!
--
wszyscy ważni umierają. a ja mówię wam, że czym bliżej, czym dalej, tym większe mam wyrzuty. że nie było życzeń, że się nie uśmiechłam, nie powiedziałam, nie spojrzałam i że tyle lat straconych, tyle na marne, w zapomnienie. że tyle nie wyszło, nie poszło, przeszło... a ile zostało nikt nie wie, nie powie, nie pomoże, nie zaszkodzi, nie pokaże i nie przeszkodzi. ale, że może sama, że może samo... samo jakoś tak wyjdzie. wyjdzie, wejdzie, przejdzie, pójdzie albo... albo i nie.