środa, 20 grudnia 2006

w drodze do nieba

wczoraj był ciężki dzień. nie da się ukryć. nie przechodzi to przez moją malutką główkę, że od tak, po prostu można położyć kogoś do pudła, przysypać ziemią i koniec. że czyjś świat potrafi tak nagle skurczyć się do takich rozmiarów. a teraz udaje, że wszystko jest OK. że mam wszystko pod kontrolą i spłynęło to po mnie jak woda po kaczce. ale nie. (żeby nie było zbędnego gadania.) bo widać wszystko. widać jak na dłoni, kiedy się mocno przyjrzeć. że jak spojrzę z autobusowych okien to oprócz deszczu są jeszcze łzy. bo ja tak nie lubię płakać przy ludziach. a i modlić się nie umiem ładnie.

i zastanawiam się jak to teraz będzie kiedy znów tam pojadę. jakie życzenia ja mam babci złożyć... "że szczęścia, radości, pieniędzy i zdrowia." nie tym razem...



spokoju w drodze do nieba, dziadku.