jelitówkę mam już za sobą. egzamin zresztą też. przede mną jeszcze piątkowe przejścia w postaci spotkania autorskiego w byłbym moim LO. złóżmy ręce w gorącym uścisku i wymódlmy mi brak nauczycieli na owym spotkaniu. bo tego to ja bym już nie zniosła.
no to drukujemy! - rzekł dżony przez telefon.
zabrzmiało jak wyrok co najmniej. i co ja z tym pocznę, tak na to czekałam, a teraz budzi się we mnie mały terrorysta, który podszeptuje mi do ucha, że wstyd z tym do ludzi, że przejdzie przez echa, że zginie na pułkach (jakichkolwiek), że papier będzie brzydko pachniał i rżnął ludzkie palce niemiłosiernie... ale cóż, sprawa się rypła. to już nie jest raczej zabawka, to już jest zabawa! i to na całego! taka, że ho-ho-ho... albo i jeszcze bardziej, mocniej, lepiej, więcej, intensywniej i częściej... aż strach się bać.
i tak czuję się jak gęś prowincjonalna, ofiara postępu cywilizacyjnego z trudem dopasowująca się do życia w dwudziestym pierwszym wieku. pff
pan donosiciel i jego "czysta miłość" zatkali mnie na amen. niestety nie było napisane od kogo, przykro mi. no mnie również, nawet nie wie pan jak bardzo... odpowiedzieć panu nie byłam w stanie. z letka mnie przytkało. (chociaż niektórych rzeczy lepiej jest po prostu nie wiedzieć.) odetkało mnie po kilku minutach kiedy to na pytanie mamy: "od kogo to?" - zdążyłam wydusić z siebie coś w stylu krótkiego: "nie wiem" i tyle. masz ci los...
15. lutego, 12:25
się wydało!