piątek, 2 lutego 2007

raz-raz, pozdrowienia znad notatek

jestem oazą spokoju, pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora. i w ogóle mnie, to nie tyka. to, że ja siedzę nad notatkami całymi dniami, a potem wychodzę na tym gorzej niż jakbym miała olać wszystko moczu cienkim strumieniem. i wiem już wiele, ale wciąż niebyt dużo. wiem, że politka inkrementalna mi nie służy, że dużo lepiej idzie mi z elitą kultury w postaci wiśniewskiego pana, grombrowicza również, masłowskiej panny, żebym o gretkowskiej nie zapomniała. (i wciąż tylko nie wiem czego nie wiem.) ale to nie ten czas, to nie ten czas. teraz czas notatek własnych. jak Bóg da niedługo skończy się ten cały bajzel...

piszą do mnie coraz to inni ludzie. biorą się na ten lep, którym zastawiła tu i ówdzie albo natykają się na mnie niby przypadkiem w tej Wielkiej Wirtualności i dziwnym trafem czują pilną potrzebę kontaktu ze mną. nie można powiedzieć, łechcze to moje ego nieziemsko. wszyscy oni tacy nieakuratni. niezbyt dopasowani do mojego krajobrazu. napisz i ty. bo ja jestem nie w oddali, na fali. wiec nie czekaj, nie zwlekaj!

minął tydzień od niespodziewanego telefonu od dżonego. spełniałam wymagania i wciąż czekam na odpowiedź. czy moja szkoła jest w stanie czymś jeszcze mnie zaskoczyć... się poczeka, się zobaczy.


PS.
dopiero teraz zauważyłam, że blogowi strzelił rok. co ze mnie za wyrodna matka... niebywałe rzeczy się dzieją.