poniedziałek, 14 maja 2007

a moja liczba na dziś: "dwadzieścia i dwa"

nie, ja naprawdę nie lubię tej daty. bo cóż w tym takiego superekstraekscytującego, że się człowiek w wieku posuwa. rok starsza, rok brzydsza. no generalnie katastrofa. więc co tu czcić i świętować? upić się tylko i wymiotować! (o matko, to żem sobie pojechała... i nawet nie czuję jak przy tym rymuję)

pójdziemy z mą małgor(ż)onką na małe babskie (miałam napisać inaczej, ale już wystarczająco dużo kontrowersji wzbudzamy w sobie tym, że my tak we dwie choć jednak nie razem. nie trzeba nam jeszcze dokładać do tego innych.) te-ta-te we dwie. upijemy się jednym piwem. tak, wiem jak to brzmi, do tego po prostu trzeba mieć talent. nie każdy tak potrafi! w międzyczasie zjemy pizzę, a piwo wysikamy w drodze powrotnej. także ten, żyć nie umirać!

na maginesie tak: myśli moje bezustannie krążą wokół cholernej (tak, właśnie musiałam tego słowa użyć. dobitnie trzeba było.) potrzeby, którą już coraz ciężej mi tłamsić w sobie i wypierać jej istnienie. ja wiem, że trzeba będzie się starać, że inaczej się nie da. ale jest ciężko, cholernie (wiem, że znów, ale była potrzeba taka) ciężko. moje chwilowe entuzjazmu i chęci wyjścia na przeciw zostają skutecznie sprowadzone na ziemie poprzez wiele czynników wewnętrznych, nazwijmy je skrótowo rzeczywistością, racjonalizacją i samoświadomością własnych możliwości (czyt. braków/wad/przywarów etc.)


cyganka prawdę ci powie... o.


edit: 15. maja, 14:22
ej, no jak to tak... mnie po tej wczorajszej urodzinowej pizzy wciąż mglli. no nic nie pomaga, no nic.