czwartek, 12 lipca 2007

perspektywy

no obroniłam się i to na 5. pani recenzent zatrzymała nawet moją pracę. a pani promotor stwierdziła, że my - studenci wshe (tej marnej wshe w zadupiu zwanym sieradzem) napisaliśmy lepsze prace licencjacie niż jej studenci na uniwersytecie łódzkim - magisterskie. powiedziała, że trzeba iść dalej, że talenty nie mogą się zmarnować.

super! tylko teraz emocje opadły i po tych wszystkich pochwałach zostały mi tylko wspomnienia... na otarcie łez. bo nie mam pewności czy będzie jakieś dalej. skąd wziąć środki na to dalej? dziennie też trzeba się za coś utrzymać, opłacić akademik. zaocznie, ta sama bajka plus czesne. praca? pierwsza praca to nie kokosy, nie starczy na wynajęcie pokoju, opłatę rachunków, jedzenie... już o czesnym nie wspomnę. praca w moim mieście to jedynie możliwość stażu (jeśli choć takie coś się trafi). za 450zł po opłaceniu czesnego to nawet na piwo mi nie starczy. z resztą nawet nie miałabym z kim na nie iść... co mądrzejszy już dawno stąd uciekł. zostały drobne pijaczki i blokersi pod klatkami. scenariusz wyglądałby mniej tak: praca, dom, praca, dom, praca, dom... zero szans na kontakty towarzyskie, ułożenie sobie życia, na rozwój, na usamodzielnienie się. samotność i wegetacja w czystej postaci. po co w takim razie dalej studiować? za granicę nie wyjadę, na naukę języka też nigdy nie było pieniędzy.

szczerze nienawidzę tego kraju i ludzi, którzy nim rządzą. (i paru osób wokół mnie którzy skutecznie podcinają mi skrzydła, bo gdyby chcieli mogliby pomóc. ale wolą patrzeć jak marunę sobie życie. czerpać z tego radość życia, karmę...) tyle krzyczy się o tym, że trzeba mieć chęci, ambicje, plany, marzenia, że trzeba chcieć się rozwijać, uczyć... ja chcę, mam, ale co z tego?! co z tego, skoro żeby to wszystko zrealizować musiałabym dawać dupy nagrzanym troglodytom?!

nic tylko wyć...


♪♪ coma - bez widoków.mp3