sobota, 3 listopada 2007

wszędzie dobrze, ale w domu... trzeba posprzątać

jest jakby nie w raju. nie w domowy ognisku. ogniu raczej. praży. uciekać, bo się człowiek poparzy. usmaży. i gasi się ten pożar rzewnie. przez zamknięte oczy znika. równomiernie wszystkie smutki rozprowadza jak krem na zmarszczki.
trudno dyskutować z absurdami. trudno przeciwstawić się im.

odwiedziłam salonik. i już cegła spada mi na głowę. alealeale, zobaczymy co z tego wyjdzie...

robi się ciasno. coraz ciaśniej. przestrzeń na oddech, na roztrząsanie myśli po kątach, na rozpamiętywanie sekund, na międzyczas, bycie sobą i z sobą niebezpiecznie kurczy się. mój wewnętrzny instynkt samozachowawczy każe mi otworzyć okno. tak na ośwież. wyrzucić wszystko co przytłacza, przygniata, tłamsi i osacza. wszystko czym wcześniej oddychało się. czasem tlen można pomylić z eterem... (puenta taka błyskotliwa mi się wymsknęła.)
tylko, że może nie tak drastycznie. może warto czekać... na cud.

w tak zwanym międzyczasie odwiedził nas kolega z południa.

mała dygresja:
biograficzny psikus taki trochę. los jest zwariowany, nieprzewidywalny, tajemniczy. i trochę mam mu za złe, że tak okrutnie bawi się człowiekiem.


♪♪ edyta geppert - pocieszanka.mp3