Zaczęło się. Fachowcy alarmują o epidemiach grypy, a my już mamy szpital domowy. Wszystkie trzy ledwo żywe. Kaszlemy na trzy głosy. Za każdym razem mam wrażenie, że rozerwie mi klatkę piersiową i okolice żołądka. Jest mokro, jest gorąco, jest zimno. A nasze temperatury razem wzięte byłby w stanie zagotować wodę na herbatkę. Czuję się tak jakby ktoś mnie połamał i próbował poskręcać na śruby, albo pozbijać gwoźdźmi.
Mam w sobie jakieś Gripexy, Fervexy, witaminki C, wapna, syropki czy inne cuda na kijach. Miły przyniósł witaminki w postaci owoców, soczku i rozpuszczalnych kapsułek, pączusia i dużo miłości. I za prawdę powiadam wam, jeszcze zdrowym - nie da się nie dać grypie, jak weźmie to znienacka i po całości. I szans nie macie zjadacze chleba i kartofli.
A tymczasem idę grzać kości pod kołdrą.