Jako, że styczeń to czas zaliczeń i wyprzedaży trzeba go jakoś dobrze rozporządzić. Za prace zaliczeniowe póki co zabrać się nie można, bo nóż jeszcze nie przy samym gardle, więc pozostają wyprzedaże.
Najpierw kino i film, potem zakupy. Teraz dopiero rozumiem błąd tej strategii.
Wybór padł na spodnie. Trzeba mi dżinsów porządnych. A zadanie to jest dla mnie o tyle trudne, że nigdy w życiu nie kupowałam sobie sama spodni i zwyczajnie nie umiem tego robić. Nie wiem jaki kształt najlepszy, jaki najgorszy, w czym byłoby mi akurat, a w czym wstyd się pokazać. Jeden jedyny raz miałam je kupowane nowe w sklepie. Wszystkie spodnie mam z lumpeksów i oczywiście kupowane przez rodzicielkę, bo ona wie najlepiej. Pewnie dlatego zazwyczaj są albo za ciasne, za luźne,bezkształtne czy workowate... Mama zwykła iść na ilość, a nie na jakość.
Jako, że nie bardzo pasuje mi imidż "nastoletniego babochłopa", chciałam nadać mu kształt pasujący do mojego wieku i płci, bo taką wbrew pozorom posiadam. Tym razem sama z pomocą Miłego.Zadanie to trudne dość, bo mój brak umiejętności zakupów ciuchowych i jego zachwalanie mnie w prawie wszystkim co na siebie włożę nie pomaga. Nie żebym narzekała, miło, ale tak się składa, że oprócz niego oglądać mnie w tym będzie pare tysięcy ludzi i wypadałoby żeby te tysiące wyszły z tego bez szwanku.
Sklep numer jeden sfrustrował mnie najbardziej.Rozmiaru na mnie nie ma, zwyczajnie nie istnieje. W największy dopiąć się nie mogę, choć nogawki powiewają jak flagi na maszcie. Pani uprzejmie acz z politowanie spojrzała i powiedziała – "większych nie mamy". Cudnie. Jestem pozawymiarowa. Poza normę. Za komuny byłby to powód do orderu, dziś już nie.
Potem było całkiem podobnie. Jeśli udało mi się znaleźć coś w czym mogłam się dopiąć to z reguły nogawki były tak długie jak rury kanalizacyjne. A jeśli spodnie przy okazji miały jakiś kształt, formę, to można było o nim zapomnieć w potoku załamków, zagięć powstałych od usilnego podciągania ich i przydeptywania stopami. A żeby było zabawniej najkrótsze z dostępnym modelów często i tak były sporo za długie.Skracanie w takim nie wchodzi w rachubę, bo ewentualne cieniowania,gniecenia czy inne duperele, które powinny być w okolicy ud, u mnie kończą się np. na łydkach, a z kolei uda, które powinny być elegancko dopasowane wyglądają jak spodnie robotnika budowlanego.
Tym oto sposobem dowiedziałam się, że dla osób mojego wyglądu miejsca w świecie nowoczesnych i kolorowych galerii handlowych nie ma. Że tacy jak ja zwyczajnie nie istnieją. Tam chodzą tylko piękni, bogaci o figurach supermodelek, bo tylko tacy mają prawo do modnego ubioru, a reszta niech chowa się pod bezkształtnymi, "babciowatymi" łachami.Panie ekspedientki mają tyle w pasie co ja w jednym udzie. A wcale nie są to jakieś słoniowe wielkości.
A żeby nie pozostawić niedopowiedzenia w tym wszystkim wspomnę tylko, że figury idealnej owszem, nie mam. Ale z drugiej strony jakimś karakanem też nie jestem,bo te standardowe 1,63cm znad poziomu morza wystaje. Do ideału mi trochę brakuje, albo raczej jest parę kilo za dużo, choć pomimo to BMI wciąż w normie. A wyszło na to, że jestem jakimś otyłym krasnalem i najlepiej jak będę zakładała tylko dresy albo najlepiej od razu worek pokutny.