Czytam siebie sprzed roku i jest inaczej. Bardziej w przestrzeni własnej. Wyraźniej. Częściej mówię tu niż tam. I jakoś mocniej stąpam po ulicach. Powietrze też już nie takie gęste. Bardziej unosi niż przygniata.
Choć włosy wciąż rozczochrane. Fryzura szybko traci blask. I nic nie pomaga. Czesanie, układanie, modelowanie. Taka karma. W chaosie trwać. W przestrzeni wewnętrznie nierzeczywistej.
Miejsce w szeregu wciąż mam stałe. W rogu, pod ścianą. Czuję to każdą porą swojej skóry, z każdym wyciśniętym wągrem, każdym pieczeniem i zaczerwienieniem.
Wciąż nieidealnie. Wewnętrznie nieswojo. Sama się w sobie ściskam i ugniatam. Ciągle rozedrgana, z oddechem pełnym krzyku i niepewności. Bo wciąż wciskam się w siebie jak w za ciasny sweter.
Cieplej, czulej jest w tym moim spokojnym zagubieniu. Tak jak teraz, przez śnieg, we dwoje. Chodzić, ślady po sobie zostawiać. Już te ulice są nasze i żadna przyszłość nic tu nie zmieni.
Być częścią, kawałkiem całości, który ciągle dąży, ciągle zmierza. I się dwoi. I się uskutecznia. Zupełnie inaczej niż być wiecznym czekaniem. Zupełnie inaczej niż bawić się w znikanie. Można się ogrzać, otulić tym spojrzeniem, dotykiem czułym jak noc. I nie wyobrażać sobie, odczuwać. Przeżywać. Nazywać.