piątek, 7 sierpnia 2009

Piesek kanapowy

Mijają dni, tygodnie, ogłoszenia w serwisach o pracę i kolejne cotygodniowe wydania dodatku do Wyborczej - Praca. Jest żałośnie, niebezpiecznie żałośnie. W przeciągu miesiąca byłam na dwóch rozmowach, za bardzo nie przebierając w wysyłanych ofertach. Bo i biurowa, a i telemarketing, no a prym wiądom zdecydowanie sprzedawcy w butikach, sklepach z meblami, optykach, jubilerach, sklepach z AGD, RTV i co tylko do głowy przyjść może. Telefon milczy jak zaklęty, a ja coraz głośniej wydobywam z siebie dźwięki rozpaczy.

Rozsierdza mnie bezczynność, pustka kompletna. Gdyby nie Miły pewnie spakowałabym dawno walizki i wróciła do siebie. Jestem tu żeby z nim. Nie z wątpliwej miłości do pięknego miasta, w którym nie mam nikogo poza nim za kim mogłabym tęsknić. Tym bardziej sytuacja przeraża. Przecież nie będę mogła siedzieć tu na wieczność przeglądając te ogłoszenia.  A coś mi mówi, że mój czas kończy się powoli. To czas cierpliwości moich rodziców.

I naprawdę nie trafia do mnie, że kryzys. Że szukają pracy po pół roku nawet po butikach. Nie czuję się tym rozgrzeszona. W końcu ja Miłego tu ściągnęłam i teraz mam zostawiać samego?

--
Do tej pory jakoś to było. Przeglądałam, wysyłałam, zanosiłam, dzwoniłam. Przychodził Miły z pracy, pocałował. Za parę dni jedzie do domu, na urlop. Całe 2 tygodnie. Ja tu zwariuję, padnę na klaustrofobię albo skoczę z tego naszego 7 piętra żeby tego uniknąć.



"(...) Co można w nocy gdy śpią żurawie / co można w bloku gdy sen na jawie / co można w życiu na siódmym piętrze / winda do nieba / rzadkie powietrze? // Co można w nocy gdy śpią parafianie / co można w bloku / wkrótce świt wstanie / co można w życiu / na siódmym piętrze / winda się psuje / wisi nieszczęście..."

Stare dobre małżeństwo - Aniołom marzną skrzydła


PS.
Ironia losu. Ja, on, życie i siódme piętro.