Niedziela, a właściwie już poniedziałek. Zgasiłam światło. Lepiej kiedy półmrok odbija się od klawiatury. Dorosłe i krwisto czerwone paznokcie odbijają się własnym blaskiem. Za sobą mam odgłosy telewizora, szmer pojazdów. Kiedyś słyszałam szum powietrza za oknem, bicie wiatru o blachy. Gości przerażały te odgłosy. Ja je uwielbiałam. Jak zahipnotyzowana godzinami słuchałam jak wyginają i prostują się, uderzając o dach.
Potem obchodziłam rytuał zasypiania. Przekręcałam się na bok, ściskając róg kołdry i pogrążałam w marzeniach. Co dzień ta sama historia, która urywała się we śnie. Dziś nie umiem skupić się na marzeniach tak żeby nie rozproszyć snu. Łapczywie chwytam każdą minutę w mroku, kiedyś rozpływałam się w godzinach spędzonych w zawieszeniu między jawą a snem.
*
Rankiem znów wstanę nieprzytomna. Niechętnie oczy wodą przetrę, bezbłędnie odpowiem "cześć" na przywitanie.
Jest tu jak w telenoweli. Zmęczyła mnie już moja rola. Chciałabym zerwać kontrakt, ale strach przed nieznanym paraliżuje. Każe kurczowo trzymać się kiepskiego angażu.