Sytuacja, w której obecnie jestem jest lekko absurdalna. Siedzę z laptopem na kolanach, nade mną wielki żyrandol z energooszczędnym światłem razi w oczy. Na stole komórka, otwieracz do wina, szklanki z plasterkiem cytryny przygotowane na wieczorne cuba libre i wazon ze zwiędłą walentynkową różą. Na wersalce mąż z ustami złożonymi w śmieszny dziubek i padem do konsoli w ręce. Zahipnotyzowany. Oprócz szumu komputera słyszę raz dzwony, a raz jęki zombiaków. I w tej dziwnej pozie, kiedy akurat zakonnica z gry dziękuje mojemu mężczyźnie za uratowanie kościoła przed demonami, staram się wczuć w wewnętrzny klimat jaki niesie za sobą kolejna próba odrodzenia w e-przestrzeni.
Z tego nie może wyjść nic dobrego.