piątek, 27 listopada 2009

Wszyscy mają magistra, mam i ja!

Minęło już parę miesięcy i nie czuję się spełniona. Z resztą tak samo jak nie czułam się zaraz po obronie. Mało, że w tej kwestii nic się nie zmieniło to czuję się coraz gorzej. Tak jakbym z każdym dniem wyrzucała do kosza kolejny dzień z pięciu lat studiów i niszczyła kolejne marzenia, te prywatne i te zawodowe.
Nie poszłam na studia z miłość do kierunku, który studiowałam. Raczej z przypadku. Z chęci nauki i ograniczonych możliwości wyboru. Z czasem doszłam do wzniosu, że aż tak daleko nie odeszłam od moich zainteresowań. Bo może faktycznie wybrałabym trochę inaczej gdybym mogła, ale diametralnych różnic by nie było.
Właściwie dopiero na studiach zaczęłam czuć przyjemność ze zdobywania wiedzy, chęć rozwoju. I czułam, że wszystko to co wkładają nam do głów jest ważne. Ważne, bo nie służy rozwojowi komercyjnego przedsiębiorstwa, nabijaniu kas już nabitych przez grube pieniądze. Ważne, bo faktycznie pomocne człowiekowi, człowiekowi w potrzebie. I myślałam, że teraz już tak będzie. Że będę mogła robić to co ważne, co służy innym, pomaga im stanąć na nogi. Że ja sama w końcu stanę się ważna poprzez to. Cóż, nie wiem czy byłam bardziej idealistką czy już naiwniaczką.

Dziś z wykształceniem trochę jak z mambą. Wszyscy ją mają, mam i ja! Jak widzę jakie osoby studiowały ze mną zwłaszcza na studiach licencjackich i teraz tak samo jak i ja mogą przez nazwiskiem wpisać mgr, to cała 5-letnia praca traci jakiekolwiek znaczenie. Jakby w ogóle kiedykolwiek je miało... Marzyłam o czymś więcej, o dalszych studiach, nauce, ale z każdym dniem widzę, że ta perspektywa oddala się to ode mnie coraz bardziej, a przeciwności mnożą w zastraszającym tempie.

Teraz jako służąca wielkiego komercyjnego potwora robię wszystko to czemu jako humanistka, idealistka sprzeciwiam się. I zastanawiam się czy życie jako takie ma aż tak wielkie znaczenie, że warto dla niego pogrzebać wszystkie swoje ideały, wartości, cele, szczęście. Zastanawiam się jakie znaczenie i wartość ma życie, w którym pakuje sobie kolejną porcję kotleta do ust i popijam depresyjnymi łzami? Zastanawiam się czy naprawdę oddychanie jest aż tyle warte, że dla niego można zatracić całe swoje człowieczeństwo i zniżać się do poziomu zwierząt.
Moje na pewno nie.



PS.
Smarkam, charcham i jestem na L4. Mimo kolejnych paczek zużytych chusteczek czuję się jak za czasów LO i wagarów. Nie potrafię spokojnie odpoczywać i korzystać ze spokoju, bo wyrzuty sumienia mi ich nie dają. Czuję się tak jakbym pomimo wszelkich przeciwności losu, tych psychicznych, czy fizycznych miała moralny obowiązek stawić się w pracy co dzień jak żołnierz na posterunku. Wstrzymać oddech w czasie rozmów z klientami, a w przerwach między kontaktami nabierać go ponownie, smarkać i kaszleć ile sił w płucach, z wyczerpania, trochę też na zapas, przed kolejną rozmową. Bo przecież muszę, mu-szę.