sobota, 5 marca 2005

lśniąco

O środzie zapomnieć. Za-po-mnieć. Czwartek dniem miłym do połowy. Ale tylko do połowy. Połowa dnia w Zduńskiej w poszukiwaniu prezentu dla G. Rezultat: srebrna lśniąca bransoletka, którą chciałaby miec każda z naszej czwórki dokładającej sie do niej. Ba. Ten prezent to chyba bardziej dla nas niż dla niej. /no później żeby tylko nie było pożycz, Goś, pożycz./ Kilka godzin u E., z przyklejoną do komputera A. Autobusy nie czekają wać panno. Powrót stopem. Oj drżaly mi gacie, drżały. Chłopcy w liczbie trzy, młodzi, ogoleni, ładni jak z reklamy. /myśl we łbie jedna: w las wywiozą, zbałamucą i zostawią/. Czas jakiś minął, gacie wciąż ciężkie ale już od kiślu. /ludzie jacy oni boscy byli! ludzie kisiel w gaciach prawie miałam./ Później ponowna próba powrotu do niczego. Głupotą byłoby wierzyć, że tym razem się uda. Bo tyle razy się próbowało. Żadna pani psycholożka nie da mi rady. /muehehehehe.../

Piątkowy lśniący wieczór nie taki jakim go sobie wyobrażałam. Ale tez nie najgorszy. Likier, pizza, życzenia, butelka i takie zwyczajne bla bla bla jak mawiał Fisz. Tak coś w tym jednak jest. Nawet więcej niż tylko coś. Phi, na fuksówkę nie pójdę. Ściany dość mocne, poradzą sobie bez mojego podpierania. /oj dzięki, dzięki za wielkie chęci, ale ja gęby nie otworze do obcej osoby, czy to na ulicy, czy to skojarzonej na balandze. ja wcześniej ludzia nie znać, ja gębę na kłódkę trzymać. czynnik niezależny./ Sobota smętnie u dziadków. Jadąc lśniące światła ulicznych latarni są mi drogą mleczną, areną gwiazd. Jestem gwiazdą. Oj spadłam. Oj, oj, oj.


♪♪ Tracy Chapman - Baby can I hold you.mp3