Potwornie dziwne uczucie. Takie niecodzienne, nie do końca zrozumiane przeze mnie, ale natenczas przyjemne. Najpierw oczekiwanie, a później parę słów generalnie bez większego sensu, ale mimo to dających poczucie obecności. Że moje "jestem" nie jest taką "igłą w stogu siana" jak mogłoby się wydawać. Że skoro słowa powtarzają się to musi być tego jakiś powód. Że na pewno nic na siłe tylko z woli własnej. A skoro z woli własnej to musi być coś w tym ciekawego. A co za tym idzie skoro w tym jest coś ciekawego, to musi być to we mnie. Bo właściwie to wszystko jest mną, bo ze mnie "wypływa". I jeśli zostało zauważone wśród tylu innych to powinnam docenić... siebie(?) /ło jeny... potwornie ciężko przechodzi mi to przez gardło tudzież przez palce/ Daje to pewien komfort i "motorek", który wciąż karze udowaniać, że teraz to moje "jestem" nie jest jakie być powinno, ale zrobię coś żeby wreszcie zaczęło być widoczne. Nie tylko dla innych. Dla siebie.
--
(btw. o jak ja uwielbiam tak pisać /mówić/ żeby powiedzieć wszystko, ale tak naprawdę nie powiedzieć nic. takie masło maślane.)