sobota, 18 września 2004

Inauguracja, czyli totalna dezorganizacja

Aaaaapsik! [bom chora] Sem kichnęła na nowy INDEX w kolorze zielonym...

A teraz zacznę od poczatku. Budze sie z rana, w domu cisza jak makiem zasial. Chata wolna. Telewizor, leżenie w łózku, smarkanie... ooo... rodzice przyszli. Jakoś sie wyszykowalam [blizny z wczoraj pod chustka w kolorze czekolady.. uff..]. Jeszcze G. dzwoni, wczesniej jedziemy. Odstroilam sie w galowy kubraczek. Siedze w aucie, czekamy.. stuk puk po chodniku - idzie G. Jedziemy, M. (czyli ja) patrzy i mysli [co czesto sie jej zdarza, ale nieczesto logicznie]: "czyzby to A. i w dżinsach? to do cholery po co ja sie odpicowalam w ten stroj pingwina?" Jedziemy, jedziemy... dojechalismy [uff...]. G. idzie do dziekanatu, a tam oczywiscie fochy... kaza czekac, jakaśtam Pani mowi podpiszesz dziecino po tym widowisku [no nie tymi slowami, ale cos w tym sensie]. Małe zapoznanko z kim nowym, jak sie pozniej okazalo z zaocznych. Jest A.! Rowniez chora jak i ja. Bez komorki, bo ukradli. No to idziemy we czworke. Wbilysmy sie w jakieśtam ławeczki. Przemówienia, bełkocenia, gledzenia... [jak sie okazalo w praniu dzis mial inauguracje tylko moj kierunek]

"Inauguracje Roku Akademickiego 2004/05 WSHE w Sieradzu uwazam za otwartą" - rzekł dziekan.

Pozniej porozdawali wspomniane juz przede mnie INDEX-y i legitymacje studencje, kazali podpisac slubowanie i cóśjeszcze gdzie pomylili imie M., a M. bardzo nie lubi jak myli sie jej imie.
"Psze Pani! Tu je błąd. Ja nie mam na imie Marta tylko Marika." - cos w tym stylu wybełkotałam
"A w Indexie masz dobrze?" - Wielce Szanowna Pani Sekretarka.
"Tak, dobrze." - ja
"To pozniej sie poprawi." - ona

Pozniej zamieszanie przy planie zajec. Bo moze ulec zmianie, bo jest niepewny. Wiec nie rozdali, wiec trzeba bylo spisywac na korytarzu. No ale czy ktos moze mi powiedziec dlaczego czciona byla milimetrowa, a kartki wywieszone na samej gorze. Tego sam sokół by nie dostrzegl. M. wlazła na krzesło [bo M. to wysportowana to nie jest, ale pomysłów jej nie brakuje trzeba przyznac]
"eee.. jak Pani juz weszła na to krzesło to może podyktować wszystkim." - jakis glos z oddali do M...
"Informatyka... eee.. ale tu sa 3 rozne godziny rozpoczęcia, ktora ja mam mowic?" - stojąca na krzesle, że nie wspomne, ze w butach na obsasach M.
"Mów wszystko!" - inny glos...
"Informatyka.. 10.45, 11.00, 11.30.. yy... a Pani na dzienne czy zaoczne?" - ja
"Zaoczne." - jakaśtaka starsza Pani
"No a to są dzienne. Zaoczne to te gignatyczne litery nisko." - zlazująca ze stołka M., ktora nie potrafiła sie połapać w czcionce marki ok. 7 punktów wywieszonej na szczycie tablicy.

G. poszła podpisac te umowe. Ale tam wladze uczelni balangują. Znow trzeba czekac. [olaboga] Ale w tym czasie zaczepilismy jakastam babke i pytamy.
"Psze Pani... A kiedy i na ktora my mamy przyjsc na zajecia?" - wszystkie trzy chórem [ja, G. i A.]
"No tam jest wypisane.." - Paniusia
"Ale tam nic nie widac... czcionka mala.. kartka na samej gorze..." - cala trójka
"Taaak? Niemozliwe..." [tup.. tup.. tup..] - sie ruszyla pod tablie
[czyta]
"W piatek macie informatyke na 15.00, I grupa" - mowi Paniusia
"A ktora jest pierwsza, a ktora druga grupa" - jakies glosy z tlumu...
"A to tam posprawdzajce sobie na karteczkach na tablicach.." - Pani
Ale M. coś nie pasowało... myśli [znów]. No, bo 15. to pozno i tam są tez zaoczni.
"Psze Pani.... A ta 15.00 to dla dziennych czy zaocznych?" - M.
"Zaocznych" - Paniusia. [no to sie wyjasniła sprawa jej sokolego wzroku. ona przeczytala to co jest bykami napisane i wywieszone na samym dole. tak to i ja potrafie!]
"A jakie sa grupy na dziennych." - M.
"Na dziennych jest tylko 24 studentów i nie ma grup" - powiedziala ta Pani o udawanym sokolim wzroku
"A dzienni to jak maja przyjsc na zajecia?" - ja
[cos tam oblukała...] "Przejdzcie w piatek, 1-szego na 9.00. Macie historie pracy socjalnej, pozniej wszystko Wam podadza." - rzekła
Pozniej A. wlazla na krzeszło, mowi, ze tu jest napisane, ze na 9.30, ale lepiej byc wczesniej niz pozniej... G. podpisala umowe [w koncu]. No to idziemy... a wlasciwie jedziemy autem.

M. juz w domu przeglada nową legitymacje studencką i indeks i czyta na glos...
"Imię ojca: Alfred. [tu chwila zastanowienia...] Że cooooo?? Mojemu ojcu od urodzenia Andrzej, za to mamie na chrzcie dali Alfreda... ;/" - no comment...