Nienawidze poniedziałkow, nienawidze zakupów, nienawidze mojego miasta i wszystkich ludzi szwedajacych sie po nim, nienawidze starych bab patrzacych sie na ciebie jakbys miala zaraz cos zwedzic, albo wzrokiem mowiacym: 'no jak ty sie ubierasz dziewczyno?', nienawidze ulicznych plotkar zatrzymujacych sie na srodku chodniku i tarasujacych przejscia, nienawidze ludzkiej hipokryzji. Krotko mowiac spotkałam wczoraj M., moją niby-koleznke z liceum, ze nie wspomne, że ze szkolnej ławki. No teraz to ona moglaby przestac juz grac, ale niektorzy nie potrafia... moze to jest u niej juz tak naturalne, ze robi to autoamtycznie? Jesli tak jest, to tym gorzej dla niej.
Ale na szczescie dzis wtorek. Wtorek i kolejne spotkanie z sektą literacką. Dostarczylam kolejna porcje moich nie-wierszy i tym razem mało, co kazanoby mi przeczytac je na glos. Na szczescie wywinelam sie, ale musialam sluchac (powiedzmy.. bo zatykalam uszy i z tego wszystkiego spocilam sie jak mysz) jak B. [nie, to nie ten B., to zupełnie inny B. - to byla informacja dla bardziej wtajemniczonych ;P ] czytał je na glos. Przyznam, że B. bardzo ładnie je czytał i nawet mnie pochwalił, bo mu sie spodbaly [łał! :P ]. Inni tez chwalili [a jak!], a ja czulam sie dziwnie w takich okolicznosciach. Nie, co dzien, tyle ludzi na raz obsypuje mnie taka iloscia komplementow i pochwal.
Choć bylo lepiej niz tydzien temu. Dzis juz nie bylam za nimi, bylam obok. Mysle, ze przyjdzie taki dzien kiedy bede mogla powiedziec, ze jestem razem z nimi. Moze juz niedlugo... zobaczymy.