No cholera, no. Gryzie nie coś od środka, gad jakiś wstrętny. Jak jest zastój to na całej linii, jak rusza to wszystko na raz. Mogłoby wręcz staranować człowieka, jego poczucie bezpieczeństwa i pewności. Dzwonił Spawuch. Miło, że się martwi. Tydzień temu skakałabym z radości gdybym dostała taki telefon, taką propozycję. Nie, żeby on coś, ale on ma kolegów... A sam jest kolęgą wdechowych, że tak to slangiem określę. Martwi się, myśli, daje misie, no jednego misia itp. Tym razem też chciał dobrze. Baa, nawet bardzo dobrze. Szkoda, że o tydzień za późno. Dziwna jestem, ale teraz mam wielki wyrzut, bo jak mi tam nie wyjdzie, to tam tam sprawa przegrana, bo mi głupio było na dwa fronty jechać. Nosz jasna cholera, teraz to ja się dygam, że w konsekwencji to będę miała NIC. Że to jedno rozejdzie się po kościach i zostanę na lodzie. To brzmi jak jakaś transakcja. Okropność! Nie, że mnie źle. Dobrze i w tym problem. /taaa. wiem, źle to źle i dobrze też źle. gupia jestem./ No jak się skończy to dopiero będzie rozpacz. W ogóle mam dość tej nieokreśloności. Aby wszystko jasne było i się z daleka dobrem mieniło. Jak najprędzej. /nawet nie czuję jak rymuję./
Cholera, coś czuję, że kręcę. Nawet w tej notce. I zdecydowanie przepraszam, za nadużywanie słowa cholera, które miało tylko i wyłącznie podkreślić mój nieokreślony i pełen obaw stan emocjonalny. A bujaniu w obłokach powinnam powiedzieć wielkie STOP. Żeby później nie upaść zbyt mocno i drastycznie.
Wieczorny spacer może nie wprowadził w moje życie jakiegoś uniwersalnego rozwiązania, ale oderwał moje myśli na czas pewien od tego wszystkiego.