Wczoraj myślałam, że leję zupełnie na wszystko. Dziś kurtyna opadła. Spektakl się skończył i przyszła rzeczywistość. Nie umiem okłamywać siebie samej a najtrudniej jest mi kontrolować swoje emocje. Tabliczkę czekolady żeby nie zjeść mogę nie kupić lub wyrzucić jak już ją mam, mogę też zwymiotować już zjedzoną. Z uczuciami tak się nie da. Czuję się zupełnie nieswojo. Nie mogę tego ogarnąć. Czasem się uśmiecham, bo jest we mnie pełno wiary i nadziei. Czasem siedzę i tak po prostu zaczynam płakać, że ciężko mi przestać. Bo jest we mnie pełno bezsilności i żalu. Czuje jakby mnie nie było. Czasem tylko sprawdzam czy w moich żyłach nadal krąży krew. Za każdym razem z żalem uznaję, że ona wciąż tam jest. Że uparcie drążą korytarze w środku tego, co ze mnie zostało.
Staram się nie myśleć. Opatulam się w koce i przypominam sobie o wszystkich nieprzeczytanych książkach. Namiętnie ściągam filmy na eMule. Nie oglądam ich. Nie umiem skupić na nich uwagi. Obserwuję. Walę stemplami w papiery.
Jest trochę drobiazgów, które mi się nie kleją. Niuansów niezrozumianych przez mnie. Może to tylko różnice w odbieraniu wszystkiego i moja podejrzliwość płata mi figle. A może nie. Analizowanie wszystkiego ma też sporo zalet. Jedną z nich jest zdrowy rozsądek, który czasem budzi się, ziewa mi w głowie i podpowiada, co nieco. Tak czy siak trzeba nastawić szeroko oczy i uszy.