Środa była ciągiem dalszym przepisywania z pustego w próżne, czwartek dniem żenady całkowitej. Piątek z resztą tak samo. No przepraszam, może jestem kopnięta, ale jeśli już pofatygowałam się na praktyki to naprawdę chciałabym je odbyć. A tymczasem czuję, że dla nich wszystkich to, że my musimy tak przychodzić to tysiąc razy większego zło konieczne niż dla nas. Najchętniej pozamykaliby nas w jakiś dziurach byleby tylko nie wadzić otoczeniu. A już na pewno nie pozwolą nam zająć się czymś. Przecież nuda w robocie jest taka trendy!
Wcale nie myślę o tym tak dużo. Mniej więcej sześćdziesiąt razy na minutę. Tworzę niestworzone historię. Opamiętuję się tylko w chwilach zapomnienia. Na przykład w piątek. Momentami, na letnim kinie w amfiteatrze. Ale tylko czasem. Bo czasem przydałby się podmiot myśli moich. A nawet czasem trochę częściej niż czasem. Zdecydowanie trochę bardzo. Za dużo myślę, zdecydowanie za dużo.
--
jestem z siebie niezmiernie duma. w czwartek wieczorem, po ciężkim boju trwającym niespełna godziny 4 pokonałam wirusów ponad 40. w komputerze ma się rozumieć, nie w organizmie. po tej przygodzie prawdę powiem jedną NIE, czyli NIE dla IE. pff.