A wpadła dyrekcja do pokoiku praktyk i spytała, czego my się tu uczymy. A my miały im odpowiedzieć? Że niczego, bo do niczego dopuścić nas nie chcą. No nie bardzo. Wiec my milczały jak takie dwie kutwy. To jest potworne, bo w końcu nie po to tak przychodzę żeby gapić się przed siebie. Dopiero w piątek pokazano nam co nieco. (lepij późno niż wcale) Bo jak to określiła kierowniczka: "spędziłybyście 2 tygodnie w jednym dziale i nie wiedziały co się w nim robi". Ano nie wiedziały, a przepraszam czyja to byłaby wina? Tak, więc opowiedziała, co nieco w skrócie, po czym dodała, że robota jest nudna, męcząca i ogólnie do dupy. No może trochę inaczej to sformułowała. To zachęta miała być dla nas? Naprawdę całkiem specyficzna, nie ma, co! A informatyk jest strasznie dziwny. Nachalny bardzo. Mam dość wszystkich jego seksistowskich uwag, spojrzeń i podtekstów. Dla wszystkich praktykantów, bez wyjątku. Nawet dla tych płci męskiej. I jak się wypachni to czuć na kilometr, że w gardło gryzie. O, i w piątek przytrzasnęli mi tam paluszek i gage mam teraz.
Może to rekompensata od losu. Jakaś forma prezentu. Sama nie wiem, ale zbieżność dat i rozbieżność przeżywanych przeze mnie emocji zadziwia mnie. Nie chcę tak tego stawiać na ostrzu noża. Zbyt duży obowiązek na czymś, na co mój wpływ jest ograniczony. (W życiu nigdy nie chcę nic cofać. To taka refleksja po obejrzeniu jednego z seriali na telewizyjnej dwójce.)
Kolejna trauma na całe życie. A przynajmniej na kilka następnych dni. U kosmetyczki spotkałam babkę od angielskiego. Rok cały zajęło nam zastanawianie się nad odpowiedzią na pytanie, czy ona jest aż taka głupia czy tylko udaje? A po wyjściu z gabinetu miałam twarz jakbym przeżyła bliskie spotkanie trzeciego stopnia... ze ścianą. pff.
No i niech mi ktoś odpowie na pytanie, skąd u mnie ta pijacka chrypka, no skąd...?
--
jestem prostym pytaniem. jesteś na nie odpowiedzią.