środa, 9 listopada 2005

nju plasztik i inne

Sobota bardzo ładna. Ładna, ale to dopiero od połowy. Bo przed południem robiono ze mnie wariata, co właściwie nie jest zajęciem trudny. Zwłaszcza dla wariatów. Ale później to już było ładnie i składnie. Z rodziną, niestety z bzdurami mojej rodzicielki opowiadanymi niezorientowanej w niczym ciotce. Przemilczane to przeze mnie zostało. Nie będę niczego prostowała, po co mi zamęt siać. No i z resztą, co to, kogo...? A tak poza tym to całkiem przyjemnie.

Był też kolejny dzień w sądzie. I kolejna rozmowa nie-do-zniesienia. Nie wszystko jest łatwe i proste jak drut. Są przeszkody, których póki, co przeskoczyć nie jestem w stanie. Przeszkody fizyczne i psychiczne. Jedne tworzą drugie, nawzajem są tak kompatybilne, że doskonale się uzupełniają. Nic już, choć już by się chciało.

Już nigdy więcej nie będę upychała bilonu do świnki skarbonki, bo wstrętna nie chce później oddawać. Bo papier się marszczy i serce drży, że zaraz się podrze. I miś strasznie gniótł mnie w nocy i nawet nie przeprosił. Ot, pluszana kulturka. To taka dygresja była.


--
mój nowy, plasztikowy pieniądz pięknie się mieni w światłach wieczornych. poranek to już inna historia.