wtorek, 29 listopada 2005

kiedyś stąd wyjadę

Sobota: pobudka 5:45, autobus 7:00, fryzjer 8:00. Nie no, fryzjer elegancik. I patrzę w lustereczko, i pytam się czy już, czy wreszcie przypominam człowieka...? (odpowiedzi do tej pory brak.)

Niedzielnie było Kredensowo, koncertowo i klimatycznie. Śnieg, mnóstwo śniegu, kawa, Kredensowa poezja śpiewana i najlepszy jazz, jaki słyszałam. Jakaś wystawa fotografii, kilka myśli, że sama bym tak chciała, że aż podziw bierze. Później zamykam oczy widzę scenę, jakiś ludzi... Zasłuchanych a może tylko zamyślonych. I ja pośrodku tego wszystkiego. "Gut iwning lejdis end dżentelmens", a teraz posłuchamy swingu wprost z ju-es-ej. Po wszystkim wraca się do domu, grzęźnie w paćce ze śniegu rozłożonej na ulicach. Bo każdy wieczór musi kiedyś dobiec końca. A później nie chce się spać, całą noc telepocze się po łóżku. Znów, wciąż i jeszcze.

Jestem potworem, że o tym myślę. Ale z kolei tylko idiota by nie myślał. To, co za chwilę napiszę będzie makabryczne i egoistyczne. Odziedziczę po dziadkach mieszkanie w Łodzi. Dobra, dobra wszystko ładnie pięknie. A jestem potworem, bo myślę o tym a dziadkowie nadal żyją. Właśnie teraz samobiczuję się mentalnie za to. Taka kara. No, ale tak sobie pomyślałam, że to w sumie jest moja wielka szansa żeby kiedyś tam wyrwać się z mojego zadupia, a przede wszystkim z tej sytuacji, w której ugrzęzłam i na razie ciężko mi tak po prostu przestać tak uważać. Kiedyś stąd wyjadę. Kiedyś w końcu muszę, bo jedyne co mnie tu trzyma to grawitacja... Ale żeby nie było, dziadkowie niechaj żyją 100 lat. Ahoj!


--
dość mam już wszystkich osób, które litościwie chcą mi pomóc, nie mając pojęcia czego mi tak naprawdę potrzeba. męczy mnie to i owo. najchętniej zamknęłabym się w czterech ścianach i wiecznie kroiła cebulę. tak, żeby sobie użyć. wolę smutek niż tę cholerną bezpłciowość. dusi mnie to powietrze tu.

/w łóżku pomięty płaszcz, w popielniczce kurz. przed drzwiami leży głaz, bo jeśli tak ma być to wolę nigdzie nie wychodzić już.../