poniedziałek, 16 maja 2005

gupawka

Huh. Ale było. Spijałam piwo ze stolika co by się nie zmarnowało. Ale zacznijmy od początku.

Rozdygotana byłam. Poszłam pod tego Faraona. Dziwnie jest pragnąć jednocześnie dojść szybciej i iść tak wolno żeby nie dojść nigdy. Naprawdę zamiast obiadu mogłabym tam zjeść liść valeriany, bo wszystko we mnie chodziło. Ale był obiad, ze trzy razy za duży na moje możliwości. Zwiedzanie Sieradza, lody i oczekiwanie na resztę. Dla mnie to kosmiczne żeby ktoś nie znał mojego miasta. Przecie to taki pipidówek. Teraz stwierdzam z pokorą, że gupia jestem (znów błąd celowy). No, bo później w barze żem drugi kufel wychlusnęła i się tyle zmarnowało. Chciałam jak kot ze stołu jęzorem pozbierać (szalej! zastrzel póki czas, zastrzel!), ale słomka była. Bogu dzięki zabrana przez R., co by wstydu nie było. Później leżące na stoliku róże przybrały nowy, zapach piwny.

Dzień następny ze śniadanio-obiado-kolacją w postaci pizzy, którą chyba do tej pory czuję. Szybkie pożegnanie niestety i drogą do domu wśród deszczu. Dalsze próby nauki, nawet z jakim-takimi skutkiem do przodu. Przy pomocy dzielnych gremlinów. Wieczorne spiskowanie skończyło się całkiem dobrze. Ogólnie całkiem wyboisty łikend.

Zapomniało mi się o piątku i siedzeniu na korytarzu szpitalnym. O słuchaniu, albo próbie słuchania. I dziwnym samopoczuciu starca.



(btw. jeszcze raz 100 lat dla mnie! /...Boże broń przed tą wiecznością!/ a i nie wszyscy pamiętali co pamiętać mieli. tak naprawdę, bez żadnego przypominania to pamiętała tylko jedna osoba.)